Przegląd tekstów
Zdjęcie bukietu Biała Perła
Biała Perła
129.01 PLN
Menu Autora
Logowanie

STOP WULGARYZMOM

Lubię Pisać 
jest organizatorem akcji:

 
STOPWULGARYZMOM!

Teksty zawierające "twarde" wulgaryzmy, są oznaczane znakiem ostrzegawczym
UWAGA !
WULGARYZMY
 
uwaga_na_wulgaryzmy

STOPwulgaryzmom.pl
 

Statystyka
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj242
mod_vvisit_counterWczoraj2322
mod_vvisit_counterTen tydzień10141
mod_vvisit_counterTydzień temu15626
mod_vvisit_counterten miesiąc22366
mod_vvisit_counterpop. miesiąc114334
mod_vvisit_counterWszystkich1320578

Dziś: 11 Wrz 2010 03:04
w czytelni :

Teraz czytanych artykułów: 63

Wyszukaj w sieci
Para mieszana >> Para mieszana - całość

PostHeaderIcon Para mieszana - całość

Powieść w odcinkach na której rozwój, wpływ maja czytelnicy. Zapraszamy do współpracy.

 

( Dotychczasowe odcinki)

Wstęp

Życie jest pełne niespodzianek.
Ona panna bez przydziału. On kawaler z odzysku, po pierwszej przecenie.
Poznali się bo tak chciał los, przeznaczenie, czy też przypadek tak zrządził. Nie ważne. Ważne, że są parą mieszaną i kochają się jak dwa wariaty.

Ona. Ewa.
Panna ładna, zgrabna i inteligentna. Bardzo długo szukała. Tego wymarzonego i wyśnionego. Rycerza na białym koniu, który zabierze ja od mamy, czekolady i życzliwych sąsiadek plotkujących za plecami, że taka to niby z niej wybredna paniusia co to na królewicza czeka, że pewnie ma jakiś feler i nikt jej nie chce. A ona po prostu nie chciała pierwszego lepszego z szeregu. Bo Ona się bylejakością nie zadawała. Ona jest perfekcjonistką. I już. Za dużo napatrzyła się na nieudane mariaże. Przykład pierwszy z brzegu. Koleżanka z liceum – Bożena, brała ślub w lipcu. Zaraz po maturze. Ewa była zaproszona na ślub i na dwudniowe wesele. Nie pojechała, bo była w trakcie egzaminów na studia. Egzaminy zdała. Dostała się, a koleżanka skomentowała to w ten sposób… ”Co tam, te jej studia! Ja przynajmniej mam męża” No nie da się zaprzeczyć. Mąż był faktem dokonanym. Jak również to, że po miesiącu pożycia uciekła do mamy z podbitym okiem… i pierworodnym w brzuchu.
Ewa, nie bardzo wierzyła w swoją fizyczną atrakcyjność. Trudno powiedzieć, czy nie wierzyła w to co widzi w lustrze, czy też zbyt dużo od siebie i własnej urody wymagała.

On. Tomek.
Przywrócony do wtórnego obiegu, kawaler z odzysku. Facet z przeszłością. Dość bujną przeszłością. Jego story obfitowało w skandale, ciało w tatuaże, a umysł w fantastyczne pomysły. Poprzednia prawowita właścicielka, zrezygnowała z praw do własności pod wpływem nie jakiegoś nagłego impulsu ale po kilku latach bezskutecznych prób zresocjalizowania małżonka. O ile znosiła brudne skarpetki rzucane gdzie popadnie, o tyle braków w portfelu i pustej lodówki znieść nie mogła. Poszła sobie przeto w siną dal z mniej przystojnym, ale życiowo zaradnym kochasiem.
Bo Tomek to taki ptak z gatunku niebieskich nielotów. Chciałby w obłoki, tylko ktoś nieopatrznie lotki w skrzydłach popodcinał.
Zdolny ale leń – mówili o nim znajomi. Tomek puszczał takie komentarze mimo uszu. No bo co mu tam jakiś babsztyl z sąsiedniej szufladki będzie dogadywać? On swoją wartość zna i wie, że w życiu ważne jest to, żeby się umieć dobrze i wygodnie urządzić. Wobec braku perspektyw na szybkie wzbogacenie konta, bo akurat miał dziedzicznego pecha i nie urodził się w rodzinie Rockefellera, postanowił zdać się na intuicję i spryt własny. Trzeba się wżenić w forsę. A potem to on już będzie wiedział co z tymi pieniędzmi zrobić! Ostatecznie łebski z niego facet.


Oni. Czyli para mieszana.
Poznali się, bo nie mieli innego wyjścia. Pewnego umiarkowanie pięknego dnia, ona przez roztargnienie zatrzasnęła kluczyki w swoim nówka sztuka oplu. On przechodząc mimo, zaproponował pomoc. Bo wszystko wszystkim, ale mamusia to go dobrze wychowała. Szacunek do kobiet wpajała. I że się ich w potrzebie nie zdaje na łaskę losu, bo ten jak powszechnie wiadomo jest ślepcem. Tomek za to ślepcem nie był. I od razu się zorientował, że dziewczyna ładna, zgrabna, życiowo zaradna i obrączki na palcu nie nosi. Przeznaczenie jak nic!

 


część 1

To się nazywa pech gigant. Normalni ludzie, jak już maja jakiegoś giganta to na imię ma Kac i pojawia się po mocno zakrapianej imprezce. A po drugie to myślą, o tym co robią.
A nie o jakichś bzedtach. I nie zatrzaskują sobie kluczyków w aucie. Zwłaszcza jak są jakieś, bagatela 300 kilometrów od domu.  
Problem nie byłby problemem, albo byłby zaledwie problemikiem gdyby była u siebie. Wsiadła by w autobus. Albo po taksówkę by zadzwoniła i już. Kilka minut i była by w domu. Kołobrzeg to nie metropolia i wszędzie jest blisko. Właściwie to można się nawet bez samochodu obejść.
W sypialni w trzeciej szufladzie od góry, w zielonym pudełku po niemowlęcych bucikach leżały zapasowe kluczyki.
"Poukładane rzeczy, poukładane życie" – tak zawsze mówiła mama.
- Masz bałagan na półkach to jak chcesz zapanować nad swoimi sprawami?
No to dbała o ten porządek. Bluzeczki poukładane w kosteczkę i pod kolor. Majtki i staniki połączone w komplety. Każdy przedmiot miał swoje miejsce. Doszło do tego, że kupując nową rzecz najpierw zastanawiała się gdzie ją postawi czy też położy.

Mieszkanie Ewy było wprost idealne. Potencjalny gość mógł pojawić się na progu jej domostwa o dowolnej porze, bez narażania gospodyni na stres upychania na naprędce porozrzucanych łaszków do szafy czy też wprost pod łóżko. Tylko, że tych gości jakoś nie było. Nikt nie lubił do niej przychodzić. No może oprócz Anki. Ale ona się nie liczy. Anka to przyjaciel od zawsze i jest bardziej jak domownik niż jak gość. Ma nawet swoje klucze.
Właśnie! Klucze! I co dalej?
Ojciec opowiadał kiedyś, że  jego starą syrenę, można było otworzyć kawałkiem drutu.  Taaaa... tylko, że opel to nie syrena, a i technika troszkę poszła do przodu. Chyba.
- Może trzeba po jakiegoś ślusarza zadzwonić? - pomyślała. Może uda mu się nie uszkodzić karoserii.
Ledwie wymieniła wysłużonego wyścigowego tikusia na nówkę opelka, a tu taki zong.
- Ty co to jest? - zapytała Anka
- Na oczy ci padło? Samochód. Mój.
- a... A dlaczego ma taki kolor? Właściwie to jaki to jest kolor? - Anka była bezlitosna.
- Złoty. - wyjaśniła niepewnie Ewa.
- A.... No nigdy bym się nie domyśliła. Jakiś nowy gatunek złota?
- Ty! Nie czepiaj się dobra. Mówię złoty to złoty. Tak jest w dowodzie rejestracyjnym.
- No skoro się upierasz...
- Nie ja się upieram, tylko producent.

Ewa pogrzebała w przepastnej torbie. Torba to jedyne miejsce gdzie ma bałagan. Anka, która kiedyś zajrzała do tego bajzelku stwierdziła że może jeszcze będą z niej ludzie.  Klucze od domu, grzebień, szminka, notes, 4 długopisy, zapasowe rajstopy, podpaska, tik taki, paczka chusteczek, zabawka z kiner niespodzianki, portfel, dokumenty, paragony z ubiegłego tygodnia, miarka, komplet kredek, korkociąg (?). Jest wszystko. Wszystko tylko nie telefon.
Cudownie. Wprost wspaniale. Rewelacja. Nawet zadzwonić nie mogła nigdzie. Bo telefon ZOSTAŁ w aucie.
Nic tylko siąść i płakać. Już miała to zrobić nawet, to znaczy usiąść i popłakać nad swoją głupotą, ale pragmatyczna cześć natury się odezwała. Nie siądzie. I nie będzie płakać. Po pierwsze dlatego, że łzy jako takie nie nadają się do otwierania niczego, a już na pewno nie drzwi auta, ma na sobie białe spodnie, to dwa, i trzy rozmaże sobie makijaż. Jest też czwarty powód. Za pół godziny musi, ale to koniecznie musi być na ulicy Fordon 3. Jest tam umówiona z klientem. Jeszcze nigdy nie nawaliła, to i teraz nie nawali.
Ostatecznie świat się nie zawali, a ona nie zbiednieje jak podjedzie tam taksówką.


Tomek snuł się ulicami miasta. Znał tu każdy kamień. Urodził się w Bydgoszczy. Tu skończył podstawówkę, liceum i zaczął studia. Szczerze mówiąc to już miał dość. Tego miasta, brudnego i wiecznie pędzącego, sąsiadów, którzy patrzyli na niego z wyrzutem, tej swojej nędznej egzystencji. Trzeba coś zmienić. Tak dalej być nie może – pomyślał. Wiśta wio! Łatwo powiedzieć, trudniej wprowadzić w czyn. Bo ani pomysłu ani perspektyw finansowych na realizację tego pomysłu. Gdzie te czasy kiedy, jego płodny umysł wyrzucał z siebie nieskończoną ilość fantastycznych pomysłów?  No fakt, że  były one czasami bardziej niż bardzo fantastyczne. Mistrzowie powieści Fantazy to by mu mogli buty czyścić. Takie miał pomysły.
Niestety nikt nie rozumiał jego fenomenu. I nowatorstwa.
Dziś nawet Tomek, śmieje się na ich wspomnienie.
Tylko, że z tego śmiechu pieniędzy nie przybywa. Te, które  zaoszczędziła  mama,  zaczynają się kończyć.
Jej śmierć  była dla Tomka szokiem. Raptem wszystko się zmieniło. Ktoś  lub coś,  znienacka i przez zaskoczenie go otoczyło i  kazało dorosnąć. Już nie był  chłopcem. Koniec zabawy w Piotrusia Pana..
To było tak jakby obudził się z trzydziestodwu letniego snu. Do tej pory nic nie musiał. Jeśli nawet super interes, w który się władował nie wyszedł, to miał gdzie wracać. Mama zawsze go przyjęła. Nigdy nic nie mówiła. Nie robiła wyrzutów. Tylko raz. Jak Monika odeszła. Powiedziała, że zmarnował swoją życiowa szansę.
Jaką tam szansę. Poszła sobie, a raczej pojechała, to krzyżyk. Niech jej Kraków lekkim będzie. Właściwie to, jak odeszła, to Tomek poczuł ulgę. Albo przynajmniej coś w tym rodzaju. Już nikt mu nie truł codziennie, że ma iść do pośredniaka, że ma sobie znaleźć pracę, że kran cieknie, że skarpetki znowu leżą na podłodze w sypialni, że nie opuścił klapy od sedesu. A co to on? Dziecko jakieś? Żeby mu baba truła? Nie ma pracy dla nie go. Tomek ma maturę i dwa lata studiów za sobą. Nie będzie machał łopatą jak jakiś robol.

To było dawno. Po śmierci mamy Tomek przewartościował swoje poglądy. Poddał analizie, syntezie, przemyślał, przepuścił przez filtr uwielbienia do samego siebie i wyszło mu, że Monika miała rację. Przyznał to ze skruchą. Skrucha choć szczera, niestety spóźniona o jakieś marne trzy lata. Teraz Monika, ma innego faceta, któremu gotuje obiadki, prasuje koszule i pewnie swoim zwyczajem truje. No i urodziła mu dzidziusia.
Tomkowa przemiana poskutkowała szukaniem pracy. Chodzi od firmy do firmy i pyta, prosi, wręcz żebrze o zajęcie. Jakiekolwiek. Przynajmniej na początek.
Jak na razie bez rezultatu.

- Panie Tomku! Niech no pan otworzy. Widziałam przez wizjer że pan wrócił.  - No tak! Stara Jacuńska, jak zwykle na posterunku. Wszystko widzi, wszystko słyszy, wszystko wie. I jeszcze na dodatek ubzdurała sobie, że musi się tą widzą z nim dzielić.
- Już idę , pani Jacuńska. Coś się stał?
- Ech, nie. Co się tam miało stać – powiedziała i wtargnęła niczym czołg do mieszkania Tomka.
Od jakiegoś czasu przychodzi codziennie. Rozgląda się po kontach. Raz to ją nawet przyłapał jak sprawdzał kościstym paluchem czy kurze wytarł. Niby nic go to nie obchodzi, ale miał satysfakcję, że się wiedźmie nie udało go na brudzie przyłapać, bo akurat tego dnia rano urządził sobie sprzątanko.
- Pierożki Ci, to znaczy panu przyniosłam. Dzisiaj robiłam. Ruskie.
- E... nie wiem co powiedzieć.
- Wystarczy dziękuje. Nie musisz się wysilać. To znaczy pan nie musi się wysilać.
Jacuńska nie czekając na zaproszenie rozsiadła się na taborecie w kuchni. Popatrzyła na Tomka tym swoim przenikliwym belferskim wzrokiem. Zawsze tak na niego patrzyła. Uczyła go w podstawówce historii. Nawet ją lubił.  Była taka zabawna. Zawsze jakąś anegdotkę opowiedziała i szybciej się zapamiętywało. Jako sąsiadka za to była upierdliwa jak mucha tse – tse.
- I jak?
- Z czym?
- No nie udawaj,e... niech pan nie udaje. Przecież wiem ze szuka pan pracy.
- Po pierwsze proszę mi mówić po im imieniu, a po drugie to to...
- Wiem, to nie mój interes. - powiedziała szybko – W takim razie mam do ciebie prośbę. Mam tu receptę, możesz mi wykupić?
- Oczywiście. Teraz?
- Nie. Najpierw zjedz. Póki ciepłe.
Dobre te pierogi. Mama robiła lepsze, ale te tez niezłe.
Tomek szybko pochłonął słuszna porcyjkę, wziął receptę i poszedł do apteki.



Taksówka z piskiem zajechała pod wskazany adres. Ufff, zdążyła.
Szybkie spojrzenie we wsteczne lusterko – Ok. Nie jest najgorzej. Bywało lepiej ale nie ma co wymagać cudów.
- Poczekać na panią? - zapytał taksówkarz.
- Nie, dziękuję, ale trochę mi się tutaj zejdzie.
Ewa, rozejrzała się po podwórku. Krytycznym wzrokiem oceniła byle jaką altanę, postawioną w zupełnie nieodpowiednim miejscu, koszmarne meble które stały na tarasie i absolutnie bezgustną latarnię przy wejściu. Latarnia pasowała do całości jak kwiatek do kożucha.
- Jeśli dom jest taki sam, to czeka mnie sporo roboty. - pomyślała i zdecydowanym ruchem nacisnęła guziczek domofonu.


 

Część 2

 
 

W biznesie trzeba być zdecydowanym. Inaczej niczego się nie osiągnie. Ewa, jeśli nawet czasami nie była do końca zdecydowana, to po prostu udawała, że jest. Raz tylko dała się przyłapać klientowi na wahaniu. I nie dostała zalecenia. Od tamtej pory trzema się zasady. I dobrze na tym wychodzi.
- No co jest? - spojrzała na zegarek. - Nie spóźniłam się. Nie pomyliłam adresu, dnia chyba też nie.
Domofon milczał. Nacisnęła jeszcze raz. Tym razem po chwili słychać było najpierw jakieś szumy, a potem skrzekliwy damski głos.
- Słucham?
- Dzień dobry. Nazywam się Ewa Gajkowska, był...
- Nie dziękuje, niczego nie potrzebujemy. - powiedziała Skrzekliwa i odłożyła słuchawkę.
Przez chwilę, Ewa stała nieruchomo.
- Ale, że co? Nie potrzebują mnie? To nie mogli zadzwonić? - jeszcze chwila i się wścieknie.
- Nie! Ja tego tak nie zostawię! - powiedziała sama do siebie i ponownie nacisnęła guzik.
Cisza. No to jeszcze raz. Nie jechała tu taki kawał drogi żeby sobie kluczyki zatrzasnąć i żeby sobie postać pod bramą.
Nacisnęła trzeci raz.
- Słucham – znowu tan skrzekliwy głos.
- Proszę posłuchać, byłam umówiona na dziś i jeśli to jest jakiś żart to bardzo głupi. Mój czas jest zbyt cenny żeby go w ten sposób marnować. I jeśli nie stać było państwa na to żeby zadzwonić i odwołać wizytę to przynajmniej teraz trzeba mieć choć trochę przyzwoitości i odwagi. Tak właśnie odwagi!
- Chwileczkę. O czym pani mówi? - skrzecząca wpadła Ewie w słowo.
- O czym? O czym? Pani się jeszcze pyta?
- Pytam, bo Pan nic mi nie przekazał, że jest umówiony. Pani poczeka. Ja się zaraz dowiem.
Pan? Wow. No proszę, wielkie państwo z gosposią. Ciekawe czy na stałe, czy dochodząca? Po chwili domofon zaskrzeczał ponownie.
- Pani wejdzie.
Tylko spokojnie. Jesteś profesjonalistką i nie możesz pokazywać nikomu zdenerwowania. Spokojnie... Ewa policzyła w myślach do dziesięciu. Wchodząc była już nie zdenerwowaną furiatka tylko biznesłomenką – kobietą sukcesu.
- Pani siądzie. - powiedziała gosposia. Ręką wskazała krzesło. - Pan zaraz wstanie. Już obudziłam.
Znaczy się pan zabalował i odsypia. No ładnie. Pewnie będzie zły, że go budzą i zawracają gitarę.
- To może ja się rozejrzę? Zanim pan wstanie, zdążę się zorientować co i jak. - Ewa wstała z zamiarem rozpoczęcia przeglądu estetycznej katastrofy salonu. Gosposia też wstała i założyła ręce na brzuchu.
- Niech siada i czeka. Pan wstanie i jak powie, że ma się rozglądać to się będzie rozglądać. - gosposia tym razem zaskrzeczała groźnie, po czym już łagodnie dodała - Herbaty się napije? Albo kawy?
- Chętnie. To ja kawę poproszę jeśli można. Czarną i bez cukru.
- A można, czemu nie – gosposia poczłapała kaczuszkowatym krokiem w stronę gdzie jak Ewa przypuszczała była kuchnia. Będąc na końcu szlaku salon - kuchnia, kuchnia – salon, jeszcze raz się obejrzała. - To niech siedzi. I czeka. Ja zaraz kawę przyniesę.
Taka gosposia to lepsza od psa, stróża i armii przybocznej.
- Witam panią. Przepraszam bardzo, ale miałem ciężką noc. I ranek w też. Pracowałem do bardzo późna. Chociaż... w zasadzie powinienem powiedzieć, że do bardzo wcześnie. - "Pan" , kompletnie ubrany i chyba świeżutko wykąpany, zamaszystym krokiem zbliżał się do Ewy.
- Jużyk. Adam Jużyk, bardzo mi miło – z galanteria ucałował wyciągniętą łapkę. Zapachniało wielkim światem, Jamsem Bondem i... Brutalem. Tradycjonalista znaczy. Przywiązuje się do marki. Tylko że jak Brutal był ostatnim krzykiem mody do Bond-Jużyk sięgał brodą ponad stół.
- Ewa Gajkowska.
- Jeszcze raz przepraszam za ten afront. Mam nadzieję, że ciocia się panią dobrze zaopiekowała.
- Ciocia? - Ewa nie potrafiła ukryć zdumienia.
- Co? Znowu mówiła o mnie "pan"? Jest niepoprawna. Ale urocza. Prawda?
- O tak... urocza, to doskonałe kreślenie. - Powiedziała to z nieukrywanym przekąsem.
Adam zaśmiał się.
- To co? Możemy zaczynać? Jeśli nie ma pan nic przeciwko to ja się trochę rozejrzę. A pan tymczasem powie mi czego oczekuje. Jakie są pana preferencje kolorystyczne? O, i może ma pan jakiś styl ulubiony, albo może ma pan na myśli już coś konkretnego.
- Nie myślałem nad tym. Przyznaję, że jestem laikiem i , no co tu dużo gadać, dlatego że ja jestem laikiem, pani tu jest.
- No tak rozumiem. Ale może chociaż jakaś gama kolorystyczna? Lubi pan żywe czy takie bardziej naturalne barwy?
- Całkowicie zdaję się na panią i pani dobry gust.
- No dobrze. Proszę mi w takim razie powiedzieć coś o sobie.
- A co pani chce wiedzieć?
- Zapewniam, że nic, czego pan nie chce powiedzieć. Tylko tyle, co pan lubi robić, gdzie, to znaczy w którym pomieszczeniu domu najchętniej pan przebywa. No i sprawa zasadnicza. Jakiego rzędu pieniądze wchodzą w grę. Bo szczerze mówiąc to do wymiany jest praktycznie wszystko. Po niewielkich przeróbkach, może uda się kilka rzeczy uratować, w sensie że wykorzystamy je przy aranżacji wnętrza, ale nie wszystko.
W drzwiach salonu stanęła ciocia – pomoc domowa. Na obfitym brzuszku oparła tacę z kawą. Jak na profesjonalistkę przystało elegancko podała do stołu. Piękne filiżanki z cieniutkiej porcelany, kryształowa cukiernica, misternie rzeźbione malutkie łyżeczki. Można się było poczuć jak w minionej epoce.

 

 


Ewa zajęła się mierzeniem, szkicowaniem, notatkami i wszystkim tym czym powinna się zajmować profesjonalna pani dekoratorka wnętrz podczas wizyty u klienta. Klienta który, absolutnie nie miał zamiaru jej pomóc. Powinien ją jakoś ukierunkować. Powiedzieć czy woli czarne czy czerwone. A może beżowe. Chce kwiatki bławatki czy drastyczną ascetyczność. A ten nic. Ni be ni me ni kukuryku.
I bądź tu babo mądra.
Salon był najdelikatniej mówiąc zagracony. Mówiąc mniej delikatnie, dziada z babą brak. Ot co. I ta mieszanina stylu. Kanapa, mocno "z epoki". Obok ascetyczny szklany stolik na chromowanych nogach. Na wyprzedaży się meblował czy jak? W kąciku przy oknie stał śliczny stoliczek. Metaloplastyka. Żaden antyk, ale ładna rzecz, po prostu. No ale te zasłony; ciężkie, ciemne i takie jakieś mroczne. Ogólnie salon prezentował się fatalnie.
Jeszcze fatalniej prezentowała się kuchnia. Meble w stylu późny gierek. Na podłodze ohydne gumoleum. Ściany w kolorze brudnej ścierki. Taka kuchnia nie zachęca do gotowania. I odbiera skutecznie apetyt.
Łazienka też nie przedstawiała się najlepiej. A właściwie to przedstawiała się fatalnie. Oględziny piętra też nie wypadły najlepiej. Ogólnie rzecz biorąc cały dom, nadawał się do generalnego remontu. Nie wiadomo jak to się przedstawia ze strony technicznej ( elektryka, hydraulika itp) ale estetycznie dom był katastrofą. I nie lada wyzwaniem.

 

 

 

 

- Skończyłam. To znaczy rozejrzałam się. Niestety nie mam dla pana dobrych wieści.
- Jest aż tak źle? - Adam uniósł brwi ze zdumieniem.
- Nie chodzi o to że źle. Ale doprowadzenie tego – Ewa ręka wskazała salon – pochłonie trochę środków.
- Trochę, to znaczy ile?
- Nie wiem, nie chce pana wprowadzić w błąd. Muszę przeliczyć. - Ewa uniosła się z fotela z zamiarem zakończenia wizyty.
- Rozumiem. Kiedy mogę się spodziewać kosztorysu? Bo wie pani zależy mi na tym, żeby jak najszybciej doprowadzić ten dom do porządku. Moja... a nieważne.
- Dziś mamy wtorek – Ewa zajrzała do kalendarza i udała że pilnie go studiuje – Hmmm... w takim razie umawiamy się, że dokładne rozliczenie kosztów remontu i wyposażenia prześle panu do końca tygodnia. W piątek dostanie pan to mailem.
- Bardzo dobrze. Będę zobowiązany. - Adam ukłonił się z przesadną galanterią.
- Pozwoli pan, że się pożegnam wobec tego. O, i byłabym zobowiązana gdyby zechciał pan zadzwonić po taksówkę. Zapomniałam zabrać telefonu.
- Naturalnie. Już dzwonię. - Adam wyjął telefon z kieszeni marynarki – A może, je panią odwiozę, naturalnie jeśli nie ma pani nic przeciwko temu. Po drodze wstąpilibyśmy na obiad.

 

 

- Innym razem, bardzo chętnie. Dziś trochę się śpieszę.

 

 

Najbliższa apteka była bardzo daleko. To nieprawda, ale Tomek zastanawiał się właśnie co powiedzieć Jacuńskiej. Bo tego, że zapyta dlaczego tak długo, to był pewien jak dwa razy dwa. Po drodze Tomek spotkał szwagra. Byłego szwagra. Brat Moniki może nie był szczególnie nieszczęśliwy z powodu ich rozstania, ale zawsze im się dobrze gadało. No to poszli sobie do pubu. Na chwilę. Chwila zmieniła się w godzinkę. Pewnie trwałaby dłużej, ale do Marka zadzwoniła żona z zapytaniem uprzejmym co się dzieje z ziemniakami, które miał kupić na obiad. Na babskie widzimisię nic nie można poradzić. Musieli się rozstać.
Wracając do domu Tomek wstąpił jeszcze do marketu. W lodówce miał tylko światło i kilka pierogów od Jacuńskiej. Zakupy musiały być skromne. Bardzo skromne. Dopóki nie znajdzie pracy, musi się ograniczać. W praktyce oznacza to tyle, że kupować należy nie to na co się ma ochotę, a to na co w portfelu kasy. Kasy malutko więc wiadomo – dolna półka.
Przez obrotowe drzwi korporacyjnego marketu, Tomek zobaczył dziewczynę wysiadającą z taksówki.
- Niezła laska – pomyślał – jak moja żona. Moja żona zawsze będzie żona Laska.
Laska, to znaczy dziewczyna, wysiadła z taksówki i stała obok jakiegoś auta. Wyglądała na bezradną . Niezła dziewczyna, niezłe auto.
- Gumę złapała? Czy co? - pomyślał – może jej pomogę. No ostatecznie świat się nie zawali, a i Jacuńska z braku witaminek nie zejdzie jeszcze przez pół godziny.
- Pomóc? - zapytał – stając za plecami dziewczyny.
Ewa podskoczyła. Najnormalniej w świecie ją przestraszył. Stała sobie zamyślona, nad własnym durnym losem zadumana, aż tu nagle jakiś typ się wyrywa niczym diabeł z pudełka. Typ nie typ, nikt inny się nie kwapił do pomocy.
- A mógłby pan? Bo widzi pan ja zupełnie nie wiem co robić.
- Pewnie. To co się stało?
- Zatrzasnęłam kluczyki.
Tomek popatrzył na Ewę. Wygląda na niegłupią. Nie przyszło jej do tego farbowanego łba, że trzeba pojechać po zapasowe klucze? Gdzie te baby mają rozum?
- Myślałem że może jakaś guma, albo mechanika trzeba, a tu wystarczy podjechać do domu i wrócić z zapasowymi kluczami.
- Dzięki, Wujku Dobra Rada. Te marne 300 kilometrów obrócę w mig.
- A... no to trzeba było tak od razu. - Tomek natychmiast odwołał wszystkie myśli o głupich babach i ich rozumie. Postawił torbę z zakupami pod nogami Ewy i metodycznie, z miną znawcy zaczął oględziny auta.
- Ładny opelek. Co to za kolor? Jakiś dziwny?
- Złoty, podobno. - odpowiedziała. Pytania o kolor nie robiły już na niej wrażenia. Przyzwyczaiła się. Grunt że jej się podobał. Reszcie świata nie musi.
- Wszystkie drzwi zamknięte. Okna niestety też. - Tomek nie miał najlepszych wieści – A może chociaż bagażnik? Otwiera się z kluczyka?
- Tak. Ale zawsze go zamykam. Niestety.
- Jednak sprawdzę. - powiedział i poszedł na tył auta.
- Taaa-daaam!!! Niech żyje roztargnienie. - Zawołał Tomek i z rozmachem otworzył bagażnik.

 


 

Część 3

Ewa miała dylemat pod wiele mówiącym tytułem "Cieszyć się czy płakać?" Cieszyć się z wyjścia z opresji czy płakać nad głupotą i roztargnieniem. Własnym. Salomonowym wyjściem wybrała konsternację.
- No, ale jak?
- Co jak? Jak otworzyłem? - zapytał Tomek. Dumnie i z wyższością. - Po prostu. 
- A cha, po prostu.
- No tak. Mam pokazać krok po kroku? Nacisnąłem guziczek. Tym palcem. Wskazującym. - mówiąc wyciągnął w stronę Ewy palucha. - Bo wskazujący najlepiej się do tego celu nadaje. No chyba że ktoś woli kciukiem. Albo małym.
- Dobrze, już dobrze. Dziękuję. Mogę się jakoś odwdzięczyć?
- Owszem. Może pani. 
Pytanie było z gatunku retorycznych, na które większość ludzi odpowiedziałaby po prostu " nie, nie trzeba" albo "cała przyjemność po mojej stronie". Większość tylko nie typ – wybawca. On, chce odwdzięczania.
- Co mogę w takim razie dla pana zrobić?
- Wyjąć kluczyki z auta. Zamknąć bagażnik i dać się zaprosić na kawę. - mówiąc to, Tomek w myślach przeliczał tę smętną resztkę gotówki która pozostała w portfelu. Na kawę wystarczy. Oby tylko nie zachciało jej się ciastka, albo czegoś innego.
- O, z wielka przyjemnością. Tylko, że to pan będzie moim gościem - powiedziała z ulgą - Nie, proszę nie odmawiać. Jestem pana dłużniczką. To gdzie idziemy?
- Tu w galerii jest mała kawiarenka.

Najgorsza w takich sytuacjach jest niezręczna cisza. Nie ma jeszcze zamówionej kawy. Nie można udawać, że właśnie zainteresował cię wzór wygrawerowany na łyżeczce, albo kontemplować kształt filiżanki, czy też bez reszt skupić się na liczeniu łyżeczek wsypywanego cukru. Wypada coś powiedzieć. Tylko co? O czym rozmawiać z kimś kogo się nie zna? Kogo poznało się przez przypadek zatrzaśnięcia kluczyków? Pewnie, że tematów jest od groma. Można o pogodzie pogadać, że do bani, o Żydach, że wszystko przez nich, o sytuacji na bliskim wschodzie. Tylko, że ktoś musi zacząć. Skoro nikt się nie kwapi to nie pozostaje nic innego jak poczekać na kelnerkę, wypić szybko tę nieszczęsna kawę i ewakuować się każde w swoim kierunku. 
- Gadułą to ty nie jesteś - Tomek „odważnie” przerwał ciszę - E... to znaczy Pani nie jest, chciałem powiedzieć.
Guzik tam. Właśnie tak chciał powiedzieć. Tyle, że trzeba się trzymać czasami stereotypów. To ona, jako kobieta, powinna zaproponować żeby sobie mówili po imieniu. No to dał jej szansę.
- Ewa - powiedziała i wyciągnęła do niego rękę. 
- Miło mi. Tomek. 
Uścisk dłoni był krótki ale mocny. No i nareszcie można było swobodniej rozmawiać. Choćby nawet o pogodzie.
Kelnerka podała kawę w mikroskopijnych filiżankach. Espresso. I co z tego, że mocne, jak mało?
- Czym się zajmujesz?
- Chwilowo niczym. Szukam pracy. I jak nie znajdę jej szybko to grozi mi śmierć głodowa.
- Nie wierzę, że jest aż tak źle - zaśmiała się.
- Jest gorzej niż źle, jeśli chcesz wiedzieć - powiedział cicho - Przebimbałem swoją szansę. Teraz zbieram tego owoce. Zgniłe owoce.
Ewa spojrzała na Tomka przenikliwie.
Tomek w myślach wyzwał się od palantów. Po co jej to mówił? Nie dość, że jest życiowym nieudacznikiem, to jeszcze się do tego przyznaje. Nawet jeśli miał u niej jakieś szanse to właśnie własnymi słowami je pogrzebał. 
- Nadal nie wierzę - głos Ewy brzmiał pewnie - każdy ma prawo do drugiej szansy. 
- Każdy? Nawet ktoś kto marnował każdą dotychczasową?
- Każdy. - Ewa powiedział to cicho, ale tak dobitnie, że uwierzył. Najnormalniej w świecie uwierzył! Świeżo poznanej siusiumajtce, która niewiele mogła jeszcze wiedzieć o życiu. Dlaczego nie wierzył matce, Monice, Jacuńskiej? 
- Ile masz lat? - pytanie z gruntu niedyskretne i bardzo nie na miejscu, ale musiał to wiedzieć.
- 31 - odpowiedziała bez namysłu.
Tomek spojrzał z niedowierzaniem. 
- Mam ci pokazać dowód? Wiem, że nie wyglądam, ale nie ma zamiaru w celu uwiarygodnienia metryki ufarbować się na siwo czy dorobić sobie zmarszczkę. 
Znowu zapadła cisza. Nie taka z gatunku krepujących, tylko taka na przemyślenia. On myślał o tym, że Ona ma rację. I że jej wierzy i że chce tej drugiej szansy jak jeszcze nigdy w życiu niczego nie chciał.

 

- Muszę już jechać.
- Rozumiem. Daleka droga te sprawy.
- Bardziej daleka droga niż te sprawy. Chociaż, jak się dobrze zastanowić to sprawy też.
- Mąż? – Tomek zapytał. Brak obrączki o niczym nie świadczy.
- Nie, nie mąż. Cos znacznie bardziej absorbującego. Kotka. Jak nie dojadę do 22 to mi zamieni dywan w pobojowisko.
- Ale w sensie że teges…?
- Nie – Ewa zaśmiała się- Ziuta jest dobrze wychowana.  Ona po prostu nie znosi samotności. Jest na nią uczulona. I wyżywa się na dywanie.
 - Rozumiem. Kot wzywa. Mus się śpieszyć.
Wstali niemal równocześnie. Ewa wyjęła z torby wizytówkę.
 - Zadzwoń. W razie co…
 - W razie co?
 - No nie wiem. Jakbyś był przypadkiem w Kołobrzegu, złapał gumę, albo zatrzasnął kluczyki, albo…
 - Albo?
 - Nie ważne. Po prostu zadzwoń.

- Tak mamo. Nie mamo. Wszystko w porządku. Nie, po prostu jestem zmęczona. Tak, cały dzień mi się zeszło. Wiem że długo. Mogłam, ale nie chciałam. Tak, zadzwonię jutro. Dobrej nocy.
- Ewa odłożyła słuchawkę – Może wyłączę telefon? Bo to się na tym nie skończy. Zaraz będzie kolejny telefon i te niekończące się wymówki i pytania. Dlaczego tyle pracujesz? A kim jest zleceniodawca? Tyle razy mówiłam, że powinnaś przejąć po mnie pensjonat, ale ty oczywiście musisz być mądrzejsza. A jak samochód? Jadłaś obiad? Pamiętaj żeby wyrzucić śmieci.

Oczywiście nie wyłączyła telefonu. Nie zdobyła się nawet na to żeby zupełnie przypadkowo źle odłożyć słuchawkę. Nie widomo jak taka niesubordynacja by się skończyła. Bardzo możliwe, że po godzinie nieodbierania matczynych telefonów do drzwi zapukała by ekipa karetki pogotowia, a strażacy zaglądali by przez okno. Mamę stać na wszystko.

Ewa poszła do łazienki. Szybki prysznic powinien pomóc pozbyć się zmęczenia. I zmyje te wszystkie głupie myśli które dopadły ją przy kawie z Wybawcą.
Myjąc włosy zastanawiała się czy ma coś w lodówce. Coś co nadawałoby się do jedzenia. Jakieś pieczywo powinno być w zamrażarce. Tylko głupio trochę jeść chleb z ketchupem. Albo z musztardą.
Koniecznie, ale to koniecznie musi zadbać o to, żeby zawsze mieć coś w domu do jedzenia. To nie jest normalne, żeby lodówka świeciła pustkami. Chociaż jakiś serek , masło i pomidor. Padlina za szybko się psuje.
Ewa nigdy nie miała zacięcia do garów. Nigdy też nie była tak szczupła jak teraz. Z pulpecika, jakim była przez okres szkolnej kariery zmieniła się w akuratkę. Takiego określenia używali kumple na studiach. Akuratka to znaczy nie za chuda nie za gruba. Taka w sam raz.

 

 


 

Część 4.

 

- Panie Tomku, pan otworzy. – Jacuńska dobijała się do drzwi - Tomek, słyszysz? Otwieraj!
- Co się dzieje? Pani Jacuńska, jak się pani odsunie od drzwi to bardzo chętnie otworzę – powiedział Tomek, który właśnie wchodził po schodach.
- Ooo… Tu jesteś. Myślałam, że coś się stało – sąsiadka niezrażona niczym wparowała do mieszkania – interes mam do ciebie.
- Tak od 8 rano?
- Pora taka sama dobra jak każda inna – sapnęła – jak będziesz w moim wieku to zobaczysz że szkoda czasu na marnowanie go.
- Nie wiem czy dożyję tego wieku.
- Nie jestem aż tak stara. Wy młodzi to sobie myślicie, że ludzie tak długo nie żyją. Zobaczysz, zmienisz zdanie. Mniejsza o to. Bo to widzisz Tomeczku, ten interes co ja do ciebie mam to on czekać nie może. A gdzie ty właściwie byłeś ? Tak od rana?
- No skoro nie może. Z psem byłem.
- Przecież ty nie masz psa.
- Tak? – zadrwił.
- Ty się dziecko nie naśmiewaj. Ty lepiej powiedz prawdę.
- No prawda jest taka właśnie, że byłem z psem. Na spacerze – Tomek postanowił się podroczyć. Powoli poszedł wstawić wodę.
- Kawy? Pani sąsiadko?
- Ty mnie tu kawą nie mydlij oczu! Co to za pies? Masz rozpuszczalną?
- Mam. A pies tych spod trójki. On w delegacji, a ona ma skręcona kostkę.
Tomek zajął się parzeniem kawy. Parzenie to określenie na wyrost. Parzyć to można prawdziwą kawę. Rozpuszczalna to takie siuśki. Ni smaku ni aromatu. Tyle, że podobno zdrowsza.
- Co to za interes?
- A, no właśnie. Bo ty zdaje się, że dziennikarstwo studiowałeś tak?
- No. Zacząłem. I jak zwykle nie skończyłem.
- Jeszcze nic straconego. Możesz skończyć. Jak zechcesz naturalnie.
- Taaaa…
- Ty się nie śmiej tylko zastanów. A tym czasem to ja potrzebuje kogoś kto mi napisze biografię. I sobie pomyślałam że może ty. Co?
- Czyją biografię?
- No jak czyją. Moją. Ja tam nie mam do tego głowy wcale. A ty to i owszem nieźle sobie radziłeś kiedyś. No i to dziennikarstwo…
- Ale ja…
- Ja zapłacę. Ja nie chce nic za darmo – Jacuńska zrobiła minkę pod tytułem „Jestem honorowa emerytka”
- Ale ja…
- Ale, ale, powtarzasz się dziecko – powiedziała wstając – Dwaj te kawę jak już zrobiłeś. W domu wypiję bo mi się właśnie serial zaczyna. A ty się zastanów. I mi daj znać.
- Ale to górale na skale – mruknęła już w drzwiach.
Poszła sobie. Tomek został sam z kawą, myślami o Jacuńskiej, jej biografii i dziwnym przeczuciem, że coś tu nie gra. Albo raczej gra tak jak chce. I jeszcze mu karze tańczyć walczyka w tym rytmie.
Chociaż, no co mu właściwie szkodzi. I tak nie ma nic lepszego do roboty. Przynajmniej na pierogi albo inne kopytka zarobi. Na czas pisania Jacuńska nie da mu z głodu zgiąć. To będzie leżało w jej dobrze pojętym interesie. Tomek głodny równa się tomek zły. A zły znaczy nienadający się do niczego, a już z całą pewnością do pisania nudnych biografii z nudnego życia równie nudnej nauczycielki historii.

No i gdzie on jest? Ta torba jest zdecydowanie za duża. Za dużo w niej przegródek, kieszoneczek, kieszeni i schowków. Przez to właśnie nic nie można znaleźć. Dzwoni. Wiem, że jest w torbie ale ona jest zbyt przepastna żeby cokolwiek szybko znaleźć. Stres, że dzwoni, że niewiadomo gdzie jest dodatkowo robi swoje.
Znalazła. Kamień z serca.

 - No co jest? –
 - Właściwie to nic.
 - Anka, nie ściemniaj. Jak tak mówisz to od razu wiem, że coś jednak jest.
 - Coś, to jest zawsze wiesz?
 - Znam . Jeśli o ciebie chodzi bardziej interesuje mnie praktyka. No?
 - Tak przez telefon? To już cie nie stać na gest? Żeby mnie na herbatkę zaprosić?
 - Ty się sama zapraszasz. Bez ceremonii żadnych. Jak chcesz to przylatuj.
 - Ok.
 - Wstawiać wodę?
 - No. Pa

 

 
 
 
Anka jest przyjaciółką Ewy. Od zawsze. Pierwszą kłótnie o foremkę do piachu w kształcie serduszka odbyły w wieku lat czterech. I tak im zostało. Kłócą się o byle co i nie mają zamiaru się gniewać. Co najwyżej któraś strzeli focha z gatunku „pięciominutowy” i znowu wszystko gara i tańczy.
Razem przebrnęły przez podstawówkę. W liceum siedziały w jednej ławce. Na studiach ich drogi się rozeszły. Nie dało się dłużej tego ciągnąć. Ewa wyjechała na studia do Szczecina. Mama nalegała.
 - Szczecin to duże miasto. I nie jest zbyt daleko. Co tydzień będziesz mogła przyjechać do domu.

Woda! I dzwonek do drzwi.
 - Masz klucze otwórz sobie! – Ewa pobiegła do kuchni – Zielona? Czy może jakaś owocową chcesz.
 - Może być zielona – Anka stałą oparta o framugę. Wyglądała… Właściwie to nie wyglądała. Oczy zapuchnięte. Nieumyte włosy wisiały splątanymi strąkami wokół bladej twarzy. 
Anka nigdy nie była klasyczna pięknością. To znaczy na mis polonię szans nie miała. Miała za to śliczne oczy, cudne mocne włosy w naturalnie czarnym kolorze i nienałganą figurę. Zawsze tez byłą zadbana i dobrze, modnie ubrana. To co stało w drzwiach kuchni nie mogło być Anką. To był jakiś człowieczy wrak. Ktos ja musiał bardzo skrzywdzić.
 - Chodź. Siądziemy sobie i wszystko mi opowiesz.
Bez słowa poszły do pokoju, który pełnił funkcje salonu. Ewa uprzątnęła papiery. Właśnie robiła kosztorys dla Jużyka. To może jednak poczekać. Anka jest ważniejsza.
 - Mów – powiedziała, kiedy już usiadły swoich ulubionych pozycjach. Ewa na sofie, Anka na dywanie. Grzały ręce o gorące kubki.
 - Nie wiem od czego zacząć.
 - Wszystko jedno. Możesz od końca.
Cisza. Anka zbierała myśli.
 - Nie sadzisz, że my to jakieś głupie jesteśmy?
 - Kto?
 - No my, kobiety. Takie idiotycznie romantyczne. Miłości nam się zachciewa. Facet po prostu ma rozrywkę, a my się durne zaraz zakochujemy
...

 

Część 5

 

 

 - Zakochanie gorsze od … chciałam powiedzieć od biegunki. Po trzech dniach nie przechodzi.
 - No nie. – Anka westchnęła ciężko.
Posypała się opowieść.
- Poznałam go na takim szkoleniu, pamiętasz? W grudniu przed samymi świętami nam urządzili taka frajdę w redakcji, „Dziennikarstwo w Unii Europejskiej”. Każdy pretekst jest dobry żeby się podszkolić. I gdzieś wyjechać. Facet jak facet, nic szczególnego tak na pierwszy rzut oka, ale… No sama wiesz fajnie się z nim gadało. Jeden wieczór, drugi trzeci…
A potem klasycznie. Najpierw trudno się rozstać, potem maile, gadulec, skyp.
- No, to w czym rzecz? Bo coś nie bardzo rozumiem?
- W tym, że ja jestem bardziej tradycyjna, niż by się komuś mogło wydawać. O tę trzecią chodzi.
- No tak, zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.
- E… Przesadzasz. Ludziom czasami przydarzają się fajne rzeczy. Wszystkim tylko nie mnie.
- I co, żona go przyłapała na meilowaiu?
- To nie żona. To partnerka, tak to się teraz nazywa. Wolny związek.
- To chyba nic straconego? No skoro nie żona…
- Ale wpływowa. I pieniężna mocno. I może dużo w lokalnym środowisku. I jest śliczna.
- Poznałaś ją?
- No. To znaczy nie.  A właściwie to tak w pewnym sensie. Wyśledziłam babsko w sieci. Zdjęcie widziałam.
- Pokaż.
Anka wstała. Powlokła się w stronę biurka na którym stał laptop. Chwilę w nim pogrzebała i znalazła.
- Prozzzzzzzzz…
- Śliczna? Ty chyba się na babskiej urodzie nie znasz. Nadęta jest. I tyle. Ile to dziecko ma lat?
- Nadęta?
- No zobacz. Poliki jak u chomika i jeszcze te oczy… Nie to żebym się naśmiewała, ale trzeba dużo dobrej woli żeby ją nazwać śliczną.
- Tak tylko mówisz. Żeby mnie pocieszyć.
- Ty chyba się dzisiaj z głupim widziałaś, bo że na oczy ci padło to jasne. I jeszcze na dodatek jesteś masochistką. O!!!
- Co?
- A nie? Po jakiego parasola szukałaś zdjęcia Nadętej?
Jak chcesz żebym ci powiedziała co masz robić to proszę bardzo. Chcesz?
- Chcę - Anka pociągnęła nosem. Wyraźnie walczyła ze łzami.
- Dobra. Primo po pierwsze natychmiast poturlasz się do łazienki. I zmyjesz z siebie ten beznadziejny żal do świata, tego Drania i Nadętej. Zapomnisz adres strony na której jest zdjęcie babsztyla. To po drugie, a po trezcie wykasujesz z kontaktów Drania. Potem wymażesz z pamięci i będzie cacy. Nie ma się co …
- Myślisz że to takie łatwe? Ot pstryknę palcem i zapominam?
- A ktoś obiecywał, że będzie łatwo? Jeśli tak to kłamał. I idź wreszcie do tej łazienki bo się na ciebie patrzeć nie da.
Anka strzeliła focha, ale posłusznie poszła sobie.
- Na półce jest płyn do aromaterapii. Sobie zrób wodną rozpustę w pachnącej pianie! – Ewa krzyknęła jeszcze i z zamiarem powrotu do kosztorysu zasiadła do notatek i laptopa.
Tylko jak tu się skupić na cyferkach i innych bzdetach, jak jakiś Jacek zwany Draniem, tak skrzywdził jej przyjaciółkę. Jedyną jaką kiedykolwiek miała. Naobiecywał, rozkochał i zostawił. Żeby ci tak pietruszka w rosole zwiędła, ty… podrywaczu jeden.
Można by co prawda obmyślić jakiś plan zemsty, ale po co? Żeby dłużej bolał? Czy dla satysfakcji? Nie warta skórka za wyprawkę, a Drań nawet nie zrozumie pewnie za co oberwał.

- Ooo… Pani Sąsiadka – Tomek zdziwił się tylko pozornie. O tak barbarzyńskiej porze to tylko Ona mogła go odwiedzić – A ja właśnie wychodziłem. W sprawie psa.
- To ja na ciebie poczekam chłopcze, bo mi potem gdzieś zwiejesz, a ja sprawę mam.
- Coś dużo tych spraw – pomyślał zbiegając po schodach.
Pies tych spod trójki jest psem tylko z nazwy. Ciężar gatunkowy jest w nim położony na kota bardziej. Łasi się i łazi własnymi drogami. Jego ulubione miejsce to parapet w kuchni. Jedyne co, to szczeka. W innym przypadku można by domniemywać, że to jakiś genetyczny mutant. Na dodatek wabi się Puszek. Wcale to do niego nie pasuje.

- Dobra to robimy jak za małolata – Tomek uśmiechnął się do wspomnień – jak wbiegnę na drugie po trzy to znaczy że znajdę dziś pracę. Kiedyś myślał o tym, że jak mu się uda tak wbiec to na obiad będą placki ziemniaczane, albo zupa ogórkowa. Teraz już nie jest Tomeczkiem tylko starym Tomkiem i musi sobie skakać na poważniejsze tematy.
Trzy, trzy, trzy…
Udało się! 
 - Ciekawe czego ta Jacuńska znowu chce? – zastanawiał się łapiąc oddech. Nie te czasy, kiedy wpadał do domu po takim skakaniu bez zadyszki i od progu wrzeszczał „ Mamo!!! Zrobisz ziemniaczane?”. Starzejesz się chłopie.

Jacuńska siedziała w „salonie” w fotelu. W kościstych rękach trzymała ramkę ze zdjęciem mamy i coś tam intensywnie szeptała. Rozmawia ze zdjęciem? Czy ki czort? Na widok Tomka, starsza pani odstawiła zdjęcie na miejsce i jak gdyby nigdy nic zapytała;
 - Przemyślałeś Tomeczku sprawę tej mojej biografii?
Bo to widzisz czas nagli. A to jeszcze trzeba by w jakim archiwum poszukać. Pojechać do parafii. I w ogóle to to ma być zrobione porządnie - spojrzała z za okularów.- Wchodzisz w to?
Szkła miała jak denka od butelek. Grube, masywne i pewnie bardzo mocne. Tomek przystanął. Zgodzić się tak z marszu? Czy trochę się z nią podroczyć? A jak nie dam rady?
 - E… tego, bo widzi pani ja chyba bym spróbował. Bardzo chętnie, nawet. Tylko sam nie wiem, to znaczy się zastanawiam. I mam wątpliwości. I czy pani na pewno chce. Bo to jakieś takie dziwne jest. No bo po co to pani?
- Ty się nie masz zastanawiać po co mi to, tylko czy chcesz. A po co? Tego to najstarsi górale nie wiedza. Ja też nie wiem. Przyjmijmy więc, że to taka fanaberia starszej pani.
- No skoro tak… to zgoda. Ale jak…
- Nie ma żadnego ale! – Jacuńska wstała nagle z fotela i … No Tomek dałby sobie rękę uciąć, a przynajmniej mały palec, że mrugnęła w stronę portretu mamy.
- To chodź.
- Teraz? Zaczynamy już? Pani Jacuńska ja jestem chłop. Ja tak bez śniadania nie umiem. Muszę najpierw zjeść a potem do roboty. Przyjdę do pani za pół godziny. Dobrze?
- No niech ci będzie. Jaki kto do jedzenia taki do roboty, jak mawiał mój świętej pamięci małżonek. To ja czekam - powiedziała już w drzwiach.

     Pół chleba, margaryna, pomidor, jakaś padlina. I herbata. No! Z pełnym żołądkiem to się dopiero myśli!
Napełniony po brzegi Tomek zapukał do drzwi starszej pani, poczym odsunął się, żeby mogła go obejrzeć przez wizjer.
Zawsze wszystkich ogląda. Nawet jak wie, kto ma przyjść. Jak ktoś stoi za blisko drzwi to potrafi nawet „zażądać” odsunięcia się. Stali bywalcy: listonosz, pielęgniarka, sąsiedzi już znają te jej zwyczaje i posłusznie stają w widzialnej odległości. Inni są w lekkim szoku. Tylko, że tych innych jakoś tak coraz mniej. W szkole w której przepracowała tyle lat, już chyba o niej zapomnieli. Kiedyś przylatywali z kwiatkiem na dzień nauczyciela, zapraszali na uroczystości szkolne, a teraz … Jacuńska zrobiła swoje. Jacuńska może odejść. Smutne to, ale prawdziwe.
Szczękanie licznych zamków u drzwi zdradziło, że Tomek został obejrzany i uznany za godnego przekroczenia progu.
- No nareszcie!
- Stęskniła się pani? – zakpił
- No! Bardzo! Tylko nie pomyśl, że się zakochałam. Łakomy z ciebie kąsek, ale w moim wieku bardziej się lubi termofor.
To można jej było przyznać. Miała baba poczucie humoru. Jak stąd do Wąchocka. I z powrotem. Lekcje z nią to była przyjemność. Historia nauką nudną jest. Przynajmniej dla znamienitej większości. Ale nie w wydaniu pani Jacuńskiej. Ta zawsze jakaś anegdotkę, jakiś dowcip malutki powiedziała i od razu się chciało. I siedzieć, i nauczyć. Taki nauczyciel z powołania i z zamiłowania, to ginący gatunek.
- No to mnie pani uspokoiła. Bo już się chciałem ewakuować.
Jacuńska zachichotała cichutko i poprowadziła Tomka w stronę kuchni.
Miała taki zwyczaj że wszystkie ważne rozmowy i sprawy załatwiała w kuchni. Zupełnie tak jakby wśród talerzy, łyżek, tłuczków i innych takich czuła się pewniejsza siebie.
- Masz – powiedziała i wskazała ręką na kuchenny stół.
- A co to?
- No nie! Rakieta na księżyc! Wiesz! Ty nie strugaj wariata tylko zobacz czy się nada.

 


 

Część 6

 

 

- Skąd pani to ma?
- Co?
- No jak co? Rakietę, to znaczy chciałem powiedzieć komputer. A ściślej laptopa.
- Nie wiem. Pewnie ze sklepu – powiedziała wzruszając ramionami – raczej nie ukradłam. Aż takiej sklerozy to nie mam.
- Ale to bardzo dobry sprzęt jest. Jeden z najlepszych.
- No ja myślę! Wyrzuty sumienia są drogie.
- Co?
- No co, co… - Jacuńska odłożyła nóż – Kiedy ostatnio widziałeś tu moją córkę? Nie, nie odpowiadaj. Bo i tak nie zgadniesz. Ja też nie pamiętam kiedy ostatnio tu była. No, ma daleko. I nie ma czasu. Musi zarabiać na te no… rakiety.
Wiesz, ja to już nawet nie liczę na to, że kiedyś przyjedzie i przywiezie wnuki. Piotrusia widziałam raz. Marty wcale.
- No to może pani do niej pojedzie?
- Może bym i pojechała. Ale jakoś nikt mnie nie zaprasza. No i taka droga długa to już nie na moje lata. Stewardesy by mnie nie wpuściły do samolotu. By się bały, że im w trakcie lotu zejdę. Chociaż, to wcale nie byłby taki głupi pomysł wiesz?
- Jaki pomysł?
- No z tym schodzeniem. Z chmur do świętego Piotra bliżej.
- O rany, pani jak zażartuje to się zimno robi – mruknął – Co mam robić z tym?
- Ja tam się nie znam, ale słyszałam, że można na tym pisać. Chyba nie masz zamiaru bazgrać mi biografii w kajecie co?  
I pisz taką dużą czcionka. Żebym dobrze widziała.
- To pani tak na serio o tej biografii??
- No masz. Ja jestem bardzo serio.
To chyba będzie strasznie nudna biografia. Najnudniejsza jaka ktokolwiek i kiedykolwiek czytał. Co może być zabawnego i wartego uwagi w życiu nauczycielki. Urodziła się, żyła, żyła, żyła… i zamarła. No, nie! Jeszcze żyje i niech żyje jak najdłużej. Tylko, że pisać to nie za bardzo jest o czym. Tomek zna Jacuńską od zawsze. Nigdy żadnych skandali towarzyskich, żadnych ekscesów. Ot taka sobie powolna i nudna egzystencja. Chociaż nie… coś tam było kiedyś z córką. No ale to z córką, a biografia ma dotyczyć Zofii Jacuńskiej urodzonej…
- A właściwie to kiedy się pani urodziła?
- No!!! Już myślałam że nigdy nie zapytasz! Pora się brać do roboty. No to ja ci trochę teraz opowiem, a ty słuchaj albo notuj. Jak chcesz…
Urodziłam się jeszcze przed wojną. W Zatroczu. To na wileńszczyźnie jest wiedziałeś? - Tomek pokręcił głową. Pierwszy raz słyszał o takiej miejscowości. – Zatrocze to majątek rodzinny Tyszkiewiczów był. Piękny pałac. Piękne obejście dokoła. Wszystko murowane. I stodoły i obory i wszystkie inne budynki. A było tego trochę.
Mój ojciec był tam rymarzem. Robił uprzęże dla koni. A jak miał z czego to takie różne portfeliki ze skóry. I buty nam robił. Tam wszystkie dzieci chodziły w butach wiesz? Znasz to przysłowie: jaki pan taki kram? - zapytała i nie czekając na odpowiedź kontynuowała – Ten pan był bardzo dobrym gospodarzem. Wszystko w majątku funkcjonowało jak należy. W lesie pełno było zwierzyny, w stawach ryb. Sady pełne owoców. Niczego nam nie brakowało.
Mieliśmy taki mały domek. Trochę ciasny, bo nas dużo było. Mama, tata i czworo rodzeństwa. Tak w ogóle to miałam sześcioro. Cztery siostry i dwóch braci. Ale tych dwoje najmłodszych, to się już tu porodziło.
Mama to się tylko domem zajmowała. Czasami jak w majątku było dużo roboty to szła do żniwa, albo na wykopki. Ale najczęściej była w domu. I robiła przepyszne ryby. Nikt nie umiał tak zrobić ryb jak ona – starsza pani nagle zamilkła, a jej oczy zrobiły się niebezpiecznie mgliste. Wspomnienie sielskiego dzieciństwa, matki, rodzeństwa wywołało wzruszenie. Tomek też słuchał jak zaczarowany.
- Idź no chłopcze do pokoju. Na komodzie stoi takie pudełko drewniane. Przynieś.
- Co tam jest? - zapytał niosąc przed sobą duże ozdobne pudło – ciężkie.
- Zobacz. To całe moje życie. Pooglądaj sobie. Ja zajmę się obiadem.
Śmieszne te zdjęcia. W większości czarnobiałe. Pożółkłe, niektóre poplamione i pozaginane.

Zgodnie z obietnicą złożona potencjalnemu klientowi panu Jużykowi, Ewa wysłała mailem projekt i wstępny kosztorys.
Troszkę wyszło. Pozostaje mieć nadzieje, że łyknie. Koszty są trochę większe niż zazwyczaj, ale no… coś za coś. To trochę daleko jednak i nie da się codziennie dojeżdżać, trzeba więc spać w jakimś hotelu.
Trochę daleko, to delikatnie powiedziane. No ale skoro na miejscu nie było żadnego zlecenia, mówi się trudno i nie zagląda zleceniu w kilometry. Kiedyś koniunktora na usługi projektantki wnętrz się odwróci. Tymczasem trzeba brać co się nawija. Gdyby Jużyk się zdecydował, na trochę złagodziło by to skutki kryzysu.
Z zadumy, Ewę wyrwał dźwięk telefonu.
- Gajkowska, słucham… A witam pana, dostał pan kosztorys? … Ach tak? … Cieszę się bardzo. Jeszcze tylko pytanie: czy pan chce sam projekt, czy mam dopilnować prac?...
Dobrze, jak pan sobie życzy. W takim razie może spotkamy się w poniedziałek i dogadamy szczegóły?... Oczywiście. Do zobaczenia.

Yupi. Chciałoby się podskoczyć i zakręcić pirueta, albo podwójnego tu lupa. Udało się.
Firma, którą Ewa budowała i rozkręcała od podstaw, przeżywała kryzys. Miejmy nadzieję, że chwilowy. I że właśnie kryzys zacznie być historią.
W euforii jeszcze raz przejrzała projekt aranżacji Jużykowego domu. Może trzeba cos poprawić. Coś dodać. Może z czegoś zrezygnować.
- Halo – Ewa odebrała mechanicznie, nieprzedstawiając się.
- Tak to ja… Nie rozumiem. Jakie zmiany? To znaczy, że córce się nie podoba?... Acha. Rozumiem. Dobrze. Zmienię.
Tak do poniedziałku.
Ewa z miejsca zabrała się do pracy.
Miała to szczęście, że lubiła to robić. Nie każdy tak ma. Są tacy którzy całe życie męczą się wykonując jakoś pracę i nie przyjdzie im do głowy, żeby coś zmienić. To strasznie frustrujące. I zniechęcające. I mają potem poczucie zmarnowanego życia.
Czy można zapomnieć o tym że ma się niepełnosprawna córkę? Że trzeba dostosować dom do tego, że mieszka w nim dziecko na wózku? Zmiany będą całkiem spore. Trzeba poszerzyć drzwi. Zrobić podjazdy. Zlikwidować wysokie progi.

Co by było gdyby? To najgłupsze pytanie jakie może być. Gdybanie do niczego nie prowadzi. Nie zmienia rzeczywistości. Nie ma mocy zmiany przeszłości.
Wspomnienia wróciły. Najpierw za sprawą Wybawcy z opresji, a teraz przez te zmiany w projekcie.
Tak niewiele brakowało, żeby nigdy nie chodziła. Właśnie to by było, gdyby jej matka się kiedyś poddała. 

 


 

 

Część 7

 

 Telewizja kłamie. Nie ma żadnego kryzysu. W galerii tłum jak przed Bożym Narodzeniem. Co ci ludzie ciągle kupują? Wózki wypchane po brzegi. Wrzask, jazgot
i charakterystyczny zapach pączków smażonych na oleju z wtórnego obiegu.
Są tacy, którzy uwielbiają taką atmosferę.  Tomek zdecydowanie odcinał się od tej grupy społecznej. Zakupy owszem, wtedy, kiedy czegoś potrzebował. Oraz kiedy miał pieniądze. Ostatnio nie miał ich zbyt dużo, więc galerie wszelakie omijał szerokim łukiem. Tym razem jednak umówił się tutaj z Markiem, bratem byłej. Ma do niego jakąś sprawę. Pilną i niecierpiącą zwłoki.

- No i kto by pomyślał, że kiedyś będę prywatnym sekretarzem.
- Ty, no nie żartuj.
- Jestem poważny jak właściciel zakładu pogrzebowego. Nie zmyślam. Zatrudniła mnie. No zatrudniła to może za dużo powiedziane. Płaci mi obiadkami domowymi.
I mam służbowego laptopa. Tylko, że no wiesz… Czynszu to ja za to nie zapłacę. Kasa się kończy.
- Ja właśnie w tej sprawie. Stanowiska prezesa ci zaproponować nie mogę, sekretarza niestety też nie, ale mam coś dla ciebie.- Marek zrobił tajemniczą minę – Poczekaj. Idę po piwo.
Yupi! Czyżby fortuna się uśmiechnęła? Zajęcie jakiekolwiek za pieniądze, lepsze od nicnierobienia za darmo. Od czegoś trzeba zacząć. Cokolwiek by to nie było, trzeba brać i nie jęczeć. I jeszcze łapkę cmoknąć . Nie no z tym cmokaniem to już przesada lekka.
- Jestem. – Marek postawił na stole dwie szklanki z piwem – To, co? Jesteś zainteresowany?
- Wstępnie bardzo, chociaż nie wiem, o co chodzi.
- A no tak – łyknął piwka i ciągnął – Znasz moich sąsiadów? No znasz przecież, co ja się głupio pytam. Waldek ma sklep. Z komputerami. I za nic się na tym nie zna.
- To po co mu to? Nie mógł innej branży?
- No nie, dostał w spadku. Po teściach. Oni się na wieś wynieśli, a jego ze sklepem ożenili. A on humanista. Komputery to dla niego czarna magia.
- Taaaa, tylko ja też w te klocki to orłem nie jestem
- No ale coś tam wiesz? – zapytał z nadzieją – Ty, no nie wygłupiaj się, bo ja cię poleciałem. I już na to konto browarna z sąsiadem łyknęliśmy.
- No coś wiem. Gdzie się włącza, i jak to działa, ale specjalista to ze mnie żaden.
- To i tak więcej niż on. On tylko w książkach siedzi. Technicznie zatrzymał się na obsłudze pilota do telewizora.
- A jak sobie nie poradzę?
- Spoko. Tam jest pracownik, co się zna. Ty masz być szef. To znaczy też pracownik, ale taki wyższy – powiedział i sięgnął po szklankę – To jak? Wchodzisz w to?
- Wchodzę. Raz kozie i tak dalej. Najwyżej mnie po tygodniu wyrzuci na zbita twarz. Jak nie spróbuje to się nie przekonam.
Na znak zgody i ku chwale dobrej współpracy z sąsiadem Waldkiem, stuknęli się szklaneczkami.

Ewa dokończyła poprawki. Podjazdy są.  Drzwi poszerzone. Łazienki dostosowane. Trochę zwiększy to koszty. No i za poprawki też sobie doliczy. Za gapowe się płaci. Panie Jużyk. Ciekawe, czym on się zajmuje? Myślała wysyłając maila z poprawkami i nowa kwotą do zapłaty. Może się nie przestraszy?  
Albo artysta, albo jakiś naukowiec. Jedno z dwóch. Pracuje do późna i jest zakręcony jak śrubka ósemka. Zapomnieć o niepełnosprawnym dziecku?
Ewa poszła do kuchni. Powinno się to raczej określać ”do pomieszczenia, które w normalnych domach służy do przygotowywania posiłków”. To tutaj jest do robienia kawy, herbaty i zupek chińskich. Oraz kanapek. Czasami też do podgrzewania gotowych dań z supermarketu, ewentualnie przytarganych od mamy klopsików w słoiku. W tej kuchni nie pachnie domowym obiadkiem z przyczyny prostej. Właścicielka jest kuchennym beztalenciem. Tak przynajmniej twierdzi. Inna sprawa, że dla samej siebie to się nawet tej zupki chińskiej nie chce wsypać do kubka.
Panna Gajkowska jest samotna. Z wyboru. Kandydaci do ręki jacyś tam byli, ale odpadali w przedbiegach. Żaden nie zdołał na dłużej zagościć w ani w sercu, ani tym bardziej w mieszkaniu. Tak na dobra sprawę to tylko raz próbowała zabawy w tatę-mamę. Zabawa najpierw znudziła się jej, jak już nie mogła znieść wiecznego bałaganu. On też jakoś bez żalu opuścił wspólne gniazdko. Zabrał swoje skarpetki, książki, maszynkę do golenia. I tyle go widziała. Widocznie to, co było między nimi niebyło warte nawet starania się o lepsze relacje po.
Hałas przy drzwiach wejściowych mógł zwiastować przybycie tylko jednej osoby. Tylko Ona potrafi robić wokół siebie tyle szumu, a mimo to pozostać powszechnie lubianą. Nawet przez płeć tę samą.
- Muzeum widzę wysprzątane – wrzasnęła od progu- wybacz, że nie założę papuci, ale mam to w piegowatym.
- To znaczy gdzie? Bo piegów u ciebie nie stwierdziłam.
- Nie mądruj tylko herbatki zrób. Poproszę. – powiedziała i rozsiadła się w fotelu- Mam newsa.
- No to opowiadaj. Albo nie. Poczekaj. Zrobię tej herbatki.
- Dobra. Mam ciacha. Pączusie kupiłam. Takie obrzydliwie tłuste. I kaloryczne. Ale mam to głęboko w nosie. Zadartym. – na dowód tego że mówi prawdę zadarła nosa do góry i poszła za Ewą.
- Zieloną?
- No. Albo nie! Wiesz może jednak kawy się napiję. Coś dziś spałam nienajlepiej.
- Przez  tego drania?

-Drań nie spędza mi snu z powiek. Jest, żyje i ma się dobrze. I to mi wystarcza.
- Chcesz powiedzieć, że już zapomniałaś?
- Nie. Nie zapomniałam- szepnęła cichutko- Po prostu jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I już.
- Skoro tak mówisz.
- Tak właśnie mówię. I mam nadzieję, że kiedyś naprawdę przyjmę to do wiadomości.
- Na zasadzie, że jak się coś sobie długo wmawia to tak właśnie jest?
- Dokładnie.
Pochyliła się i widać było, że zbiera siły, żeby się nie rozpłakać.
- Chcesz wiedzieć, co to za news czy nie?
- Pewnie. Opowiadaj.
- Będziemy miały dziecko!
- My?! Jesteś w ciąży?
- Ja? Oszalałaś? – Anka popatrzyła wzrokiem cokolwiek zdziwionym – ja jestem mądra dziewczynka. I żyję w dwudziestym pierwszym wieku.
- No ale skoro ja też nie jestem, czego jestem pewna na 100% no to jakie my? I czyje to dziecko?
- O rany. Ani moje, ani twoje tylko Moniki – powiedziała - No tej ode mnie z pracy.
- Tej, co się rozwiodła?
- Tej samej. Tyle, że się nie rozwiodła. Miała taki zamiar i nawet zaczęła ten zamiar wprowadzać w czyn. Tylko, że zrezygnowała i zamiast tego zaszła w ciążę.
- I co?
- 4 miesiąc. Podobno dziewczynka. Niedoszły rozwodnik szaleje ze szczęścia. Ona też. Na razie.


 

Część 8

 

Bydgoszcz to piękne miasto. Tylko trochę za duże. Ewa zdecydowanie bardziej lubi małomiasteczkową atmosferę Kołobrzegu. Znacznie trudniej tam o anonimowość. No poza sezonem naturalnie. W okresie wakacyjnym ciężko spotkać tubylca. To tak jakby autochtoni przemieszczali się kanałami. Albo jakimiś sobie tylko znanymi ścieżkami.
Poruszanie się po dużym mieście bez jego znajomości jest szalenie męczące. Na całe szczęście Ewy i jej podobnych małomiasteczkowych kierowców, ktoś mądry wymyślił dżipiesa. Teraz wystarczy wklepać w urządzonko adres i zażądać doprowadzenie w to miejsce. I niech się ów dżipies martwi, jak tego cudu dokonać przy rozkopanych ulicach, przebudowywanych drogach i … niedzielnych kierowcach.
Mijając centrum handlowe, Ewa przypomniała sobie ostatnią swoja bytność w tym mieście. I niejakiego Tomka. Ciekawe co u niego słychać? – pomyślała.  Bardzo możliwe, że gdyby nie fakt, że jakiś niecierpliwy taksówkarz właśnie używał w sposób bardzo intensywny i chyba niezgodny z zasadami ruchu drogowego klaksonu, myśl trwałaby dłużej.
- No i co się babo gapisz? Jak ciele? Jedź! Kto ci dał prawo jazdy ty garkotłuku jeden!
Chwilę trwało, zanim zorientowała się, że to jej dotyczy ta potoczysta mowa, króla szos.
- A da mi to pan na piśmie? Moja mama twierdzi, że absolutnie nie nadaję się do kuchni? O i gumę pan złapał. Proszę pana - powiedziała i ruszyła z piskiem opon.
Pana kierowcę zamurowało. Kompletnie. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie grzecznej riposty. Zamiast się skrzywić, strzelić focha albo odpłacić pięknym za nadobne puszczając podobną wiązankę, paniusia dała odpór jego chamskiej zaczepce w sposób miły, kulturalny i zjadliwy. Ot żmija- pomyślał zjeżdżając na pobocze – dziury nie zrobi, a krew wyssie. I jeszcze na dodatek mnie oszukała. Nie mam żadnego flaka.

Ewa podjechała pod Jużykową willę. Dzwoniąc do drzwi, nastawiała się już na kolejną batalię słowną. Tym razem z ciocio-gosposią. W domofonie zachrobotało w chwilę po naciśnięciu dzwonka.
- Tak? Słucham? – zaskrzeczał głośnik.
- Ewa Gajkowska. Byłam umów…
- A tak. Niech wchodzi – powiedziała ciocia, poczym rozległ się dźwięk oznajmiający, że oto zapory puściły i cerber otwiera podwoje przed przybyłą.
Wchodząc do domu, Ewa rozejrzała się. Nic się nie zmieniło prze ostatni tydzień. Może tylko petunie w doniczkach bardziej uschły. O ile może uschnąć bardziej coś co już poprzednio było w stanie agonalnym.
- Niech siada. Pan, e… tego, to znaczy Adaś poszedł z Malwinką na spacer. Zarazuchno będą. Kazał się mi oną zaopiekować. I herbaty zrobić. Albo kawy. To co?
- Co? A… To ja kawę poproszę. Jeśli to nie kłopot.
- A jaki tam kłopot. Zaraz naparzę i przyniesę – ciocio gosposia z wdziękiem podreptała do kuchni.
- Bo to widzi, pani Ewa, ja się do mojego siostrzeńca nienajmowałam do roboty. Ale on taki samotny i nic nie umi w obejściu zrobić. To pomagam. Żeby za darmozjada nie uchodzić.
   Ciocia przyniosła z kuchni tę samą co poprzednio zastawę. Piękny serwis do kawy, z epoki, dodawał smaku każdej nawet najpodlejszej kawie. Tej jednak nic nie byłoby w stanie zaszkodzić. Nawet w blaszanym kubku smakowałaby doskonale. Są na tym świecie ludzie, którzy potrafią wyczarować najlepsze jedzenie z byle czego. Ciocia chyba do nich należała. Istna czarodziejka. Do kawy przyniosła domowe herbatniczki. Maślane i tak kruche i delikatne jak żadne inne. Czarodziejka. Chyba faktycznie coś w niej jest. Jużyk miał rację. Jest urocza.
I znacznie zyskuje przy bliższym poznaniu.


- Jesteśmy! – rozległo się wołanie od drzwi, świadczące, że oto przybył pan domu. W towarzystwie Malwinki. Dziewczyna popatrzyła na Ewę spod brwi. Nie raczyła odpowiedzieć na „dzień dobry” i szybko odjechała na swoim elektrycznym, chyba najnowocześniejszym wózku inwalidzkim.
- Proszę jej wybaczyć. To dla niej zupełnie nowa sytuacja. Jeszcze nie może się z tym pogodzić.
- Z przeprowadzką?
- Nie. Z wózkiem. I z tym, że jest do niego przykuta.
- Rozumiem – powiedziała cicho Ewa.
Jużyk, był przekonany, że to tylko taka czcza gadanina. Syty nigdy nie zrozumie głodnego. No bo co taka paniusia może wiedzieć o wózku, inwalidztwie i życiu pod jednym dachem z kimś kto nagle stracił całą radość istnienia.
- Zapraszam panią do gabinetu. Tam omówimy szczegóły – pan domu przybrał pozę człowieka interesu.- Ciociu, zajmiesz się Malwiną? Proszę.
- Taaaa. Koszty, widzę trochę wzrosły? – zamruczał – ale trudno się mówi. Nie mam wyjścia. Rozumiem, że wszystkie naniesione zmiany są niezbędne i uzasadnione?
- Oczywiście. Wie pan jak to jest. Jak coś ma atest to natychmiast więcej kosztuje. Te koszty, które można ominąć są ominięte. Zapewniam.
- No dobrze. Myślę, że możemy przejść do fazy realizacji projektu. Kiedy może pani zacząć?
- To zależy od pana. Jestem dyspozycyjna. Musi pan tylko zdecydować, czy mam dopilnować realizacji projektu.
- Nieznam się na tym, więc byłbym wdzięczny gdyby zechciała pani się tym zająć.
- Wobec tego zmontuje ekipę i zaczynamy. Na przyszły poniedziałek powinnam być gotowa.

Umowa podpisana, szczegóły dogadane. Wstępnie rzecz jasna. Jeszcze się nie zdarzyło tak, żeby zaakceptowany projekt nie był przerabiany. Zawsze się znajdzie coś, co się przypomni w ostatniej chwili. A to to, że ten stolik to od babuni odstałam i bardzo mi zależy żeby tu stał, albo, że mam uczulenie na fiolet, tylko jakoś wcześniej nie widziałem. I tak dalej. Standard. Z gatunku wpisanych w ludzka naturę. I w ryzyko zawodowe projektanta.
Pora jechać do domu. Wstając Ewa zapytała:
- Może mi pan polecić jakiś hotelik? Niedrogi?
- A! Zapomniałem zupełnie, że pani to nie stąd – Jużyk zamyślił się. – Niedrogi, mówi pani? A może, oczywiście, jeśli niema pani nic przeciwko temu skorzysta pani z któregoś pokoju na górze?
Tego to ona się niespodziewana. Nawet nie brała pod uwagę takiej opcji. Chociaż z drugiej strony… Same plusy. Po pierwsze będzie miała blisko do pracy. Po drugie w obecnej sytuacji finansowej rozbijanie się po hotelach nie bardzo miało sens.
Tylko czy propozycja nie była czysto kurtuazyjna i obliczona na to, że jednak z niej nie skorzysta?
- Proszę to przemyśleć – dodał widząc wahanie Ewy.- Propozycja jest cały czas aktualna. I nie będzie pani przeszkadzać, jeśli tego właśnie się pani obawia.
- Dobrze. Przemyślę.- powiedziała podając jednocześnie rękę swojemu jakby niebyło pracodawcy – Do zobaczenia w poniedziałek w takim razie.


- To co? Stoi? Na umowie tysiąc dwieście, na rękę dwa.
- Pewnie!- powiedział Tomek składając zamaszysty podpis na druku umowy.
Papiery papierami, ale żeby tradycji i formalnościom stało się zadość, panowie uskutecznili uścisk dłoni. Dopiero teraz umowa została zawarta. Tomek stał się pracownikiem Waldka. A Waldkowi spadł z hukiem głaz z serca. Nareszcie, ktoś go odciąży od tej nudnej technicznej roboty.
Początkowe wątpliwości, czy aby sobie poradzi, skutecznie rozwiała rozmowa z Jacuńską. Starsza pani jak zwykle podeszłą do sprawy z wrodzonym optymizmem i wiarą w ludzki geniusz.
Nic tak dobrze nie wpływa na samoocenę, jak to że ktoś w nas wierzy. Oraz pokłada nadzieje. Jacuńska najwyraźniej takowe pokładała. I wierzyła. No to przecież nie można jej zawieść. Ostatecznie to jest starsza pani, a u takiej o zawał nietrudno.
- No to do zobaczenia w poniedziałek. O dziewiątej. Dasz radę?
- Oczywiście. Panie szefie! – Tomek zasalutował i poszedł sobie. Pochwalić się. Po drodze jednak, musiał jeszcze kupić kwiaty. I miętowe czekoladki, które starsza pani pasjami uwielbiała.

 


 

Część 9

 

 

Poniedziałek zdecydowanie powinien być dniem wolnym od pracy. Taki mógłby być pierwszy postulat wielu „kandydatów” na stołek prezydencki. Zwycięstwo z takim sloganem reklamowym – murowane.
Dzwoniący budzik brutalnie wyrwał Ewę z błogiego snu. Barbarzyńska godzina. Ale, jak się powiedziało A, trzeba mieć siłę żeby powiedzieć i B.
Poranna toaleta nigdy nie zajmowała jej zbyt dużo czasu. Codzienny makijaż ograniczała do nałożenia kremu nawilżającego na twarz i dekolt, lekkiego podkreślenia linii oka kredką w kolorze czarnym, oraz pociągnięcia ust błyszczykiem. To wszystko. Na wielkie wyjścia kupowała tusz do rzęs. I jakiś podkład. Za każdym razem musiał to być nowy podkład i nowy tusz. Między jednym takim WIELKIM wyjściem a drugim była zbyt duża przerwa. Tusz wysychał, a podkład się psuł.

Ziutka, już wczoraj z całym swoim dobrodziejstwem w postaci karmy suchej oraz kuwety z zapasem żwirku krystalicznego bezzapachowego, została przewieziona i zainstalowana w domu pani Teresy, prywatnie mamy Ewy. Wszystkie trzy; mama, Ewa i Ziutka nie były z tego powodu specjalnie szczęśliwe. W takich sytuacjach z reguły mawia się „trudno” i cierpliwie czeka na zmianę. Przecież nie może zwalić się Jużykom na głowę z kotem!
Wychodząc z domu, jeszcze raz sprawdziła czy aby na pewno pozakręcane są wszystkie kurki. I te od gazu i te od wody.
Taki nawyk. Tydzień szybko zleci. A potem następny i jeszcze jeden. Na tyle obliczone zostały mniej więcej prace remontowe, których miała dopilnować.

W drodze do Bydgoszczy obiecywała sobie solennie, że to pierwsze i ostatnie takie „gościnne występy”. Wzięła to zlecenie tylko dlatego, że akurat nikt inny nie kwapił się do tego, żeby skorzystać z usług świadczonych przez jej, firmę. Jednoosobową. Sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Szef, pracownik, księgowa i sprzątaczka. Cztery w jednym wcale nie wątłym, ale jednak, mającym jakiś próg wytrzymałości kobiecym ciele.

- Bardzo się cieszę, że się pani zdecydowała zamieszkać z nami na czas tej rewolucji, której przynajmniej w pewnym sensie będzie pani sprawcą – powiedział Jużyk-Bond, z galanterią całując podaną mu dłoń – Mam nadzieję, że pokój spełni pani oczekiwania.
A jak nie spełni? – pomyślała. To co? Oddasz mi swój?
Tymczasem ciocio-gosposia, wczuła się w rolę, którą sama sobie wyznaczyła. Za wszelką cenę chciała być pożyteczna. I nie uchodzić, jak to sama określała za darmozjada.
- Sama sobie poradzę. Naprawdę nie musi pani tego robić. – Ewa odebrała walizkę z jej rąk. Widząc jednak zrezygnowaną minę starszej pani, szybko dodała – Gdyby jednak zechciała pani wskazać mi, gdzie jest ten pokój, byłabym wdzięczna.
- A pewnie! To ja panią Ewunię zaprowadzę – powiedziała uradowana.
Panie wdrapywały się po zbyt stromych i skrzypiących schodach na pięterko. Jeszcze po schodach. Od jutra, po drabinie. Schody, jako najbardziej pracochłonne idą na pierwszy ogień.
- Pościeli świeżej uszykowałam pani Ewie i ręczników. A jak będzie czegoś potrzebowała, to proszę mówić. Ja przyniesę.
Ciocia lekko się zasapała
– A tam, za tymi drzwiami brązowymi jest łazienka. Z wanną!
Słowo „wanna” ciocia powiedziała tak, jakby podkreślała je grubą kreską.

Dla Tomka, dzisiejszy dzień stanowił niemałe wyzwanie. Musiał stawić czoła nowej sytuacji. I Ryśkowi. Rysiek to sprzedawca w sklepie Waldka, któremu wcale nie podobało się to, że to właśnie Tomek od teraz będzie grał pierwsze skrzypce. Bo to jemu (Ryśkowi) należało się dać ten awans.
Nawet nie raczył odpowiedzieć na uprzejme dzień dobry. Popatrzył tylko z wyraźną pogardą. Sytuacja może trochę głupia, ale ostatecznie to właściciel tego interesu decyduje kto gwiżdże, a kto tańczy w rytm tego gwizdania. A zadecydował tak, bo widocznie miał jakieś powody. I kropka.
Dobrze by się było jednak zaprzyjaźnić z gościem, bo sam sobie nie da rady. Jeśli nie, to przynajmniej doprowadzić do tego, żeby tamten przestał warczeć i wyraził choć odrobinę chęci współpracy.

- I jak było? Opowiadaj! – Jacuńska z hukiem otworzyła drzwi od swojego mieszkania jak tylko zobaczyła, że Tomek wdrapuje się po schodach.
- Tak sobie. Ale tego to się akurat spodziewałem.
- Ten… jak mu tam?
- Rysiek.
- O właśnie. Rysiek. Szurał?
- Że co robił? Szurał?
- No! Nie rozumiesz? Tak się mówi po młodzieżowemu – starsza pani z wdziękiem strzeliła focha.
- Chyba mówiło. I to dość dawno – zachichotał Tomek. Wyciągnął z kieszeni klucze i zabrał się za otwieranie drzwi.
- A ty dokąd?
- Do domu, pani Jacuńska. Padam na pysk. I głodny jestem.
- No otóż to. Głodny. I co? Masz zamiar się chlebem ze smalcem żywić? – sąsiadka złapała się za obfite boczki. Wyglądała przy tym jak jarmarczna przekupka – Ogórkową ugotowałam. I kopytka. Nie zapominaj że masz u mnie wikt, za pisanie biografii.
- Jeszcze nic nie napisałem.
- Ale napiszesz. Już moja w tym głowa, żebyś napisał.
Skapitulował. No bo co miał innego robić. Stojąc przed wyborem  miedzy chlebem z konserwą turystyczną a ogórkową, każdy, nawet Chuck Noris by skapitulował.

 


Część 10
 
 

- Chcesz dokładki? – sąsiadka stanęła nad Tomkiem z wielką chochlą w reku.
- A mogę? Dobra ta zupa.
- Móc możesz, ale pamiętaj o kopytkach. Też się muszą gdzieś zmieścić.
- Spokojnie. Pani Jacuńska, mnie to by się nawet cały gar tej zupy zmieścił – odpowiedział z zapałem pałaszując kolejną porcję.
- Zupełne jak mój świętej pamięci, panie świeć nad jego duszą, mąż nieboszczyk. Też miał taki apetyt.
- Wcale mu się nie dziwię. Pani gotuje po królewsku!
- Nie jestem przekonana czy królowie jadali ogórkową. Ale, ja ci powiem Tomeczku, że ja to nawet wole takie to nasze zwykłe jedzenie. Żadne wydumane.
Tomek wyczyścił talerz do czysta chlebem i rozsiadł się z miną zadowolonego kocura, który właśnie pożarł tłuściutką myszkę.
- A te kopytka to z czym?
- Ze skraweczkami. Chyba, że wolisz na słodko. Ze śmietaną?
- E nie! Ze skwaramy wolę!
Jacuńskiej dziwną przyjemność sprawiało patrzenie na jedzącego Tomka. Nie chodziło konkretnie o niego. To mógł być każdy jeden. Albo jedna. Ważne żeby zajadał z wyraźnym apetytem i okazywał zapał temu zajęciu. Bo ona pasjami lubiła gotować.
A gotowanie tylko wtedy ma sens jak ktoś o to zje, pochwali i poprosi o jeszcze.
- Może opowie mi pani jeszcze coś o tych Trokach? Co?- powiedział, wsypując drugą łyżeczkę cukru do herbaty, którą Jacuńska skwapliwie podsunęła mu, zabierając jednocześnie talerz po kopytkach.
- A nie jesteś zmęczony?
- Pewnie że jestem. Się natyrałem. Ale słuchanie nie jest męczące.
- To wiesz co, o szkole ci opowiem. Chcesz? – zapytała. Nie czekając na odpowiedź zaczęła mówić – Ja tam w tych Trokach to tylko do pierwszej klasy chodziłam. Resztę to już tu.
W Polsce. Do szkoły to my mieliśmy trochę daleko. Latem trzeba było chodzić na około, a zimą, jak już mróz chwycił to jezioro zamarzało i chodziliśmy na skróty. Jeziorem. A lód to był gruby na parę metrów. Atrament nam w kałamarzach zamarzał. Tak było zimno. Teraz to już nie ma takich zim…

Tomek słuchał i jednocześnie patrzył na Jacuńską. Ona z kolei niewidzącym wzrokiem patrzyła przed siebie. W przeszłość. Jakby w tej niewidocznej dali widziała obrazy z dzieciństwa. Twarze ludzi dawno niewidzianych, ten lód na jeziorze, zamarznięty atrament.

 

 

- A ty wiesz Tomeczku, że tam to były różne szkoły? Bo ta Wileńszczyzna to jak narodowościowa wieża Babel była. Szkoła polska, i żydowska i ukraińska. I my się tam w tej szkole to i po polsku i po ukraińsku uczyliśmy.
A książki to mięliśmy takim rzemieniem związane. Tak je nosiliśmy.
Wszystkie dzieciaki siedziały w jednym pomieszczeniu. Tylko podzieleni na klasy byliśmy. Ja była w pierwszej, a Zocha, moja siostra w czwartej.
- To niewiele się można było w takich warunkach nauczyć.
- A nie prawda! Złej baletnicy to i rąbek przeszkadza. Jak ktoś chce się uczyć to się będzie uczył. I warunki nie mają tu znaczenia. Zocha na ten przykład, to nigdy do nauki głowy nie miała. Ledwie się pisać i czytać nauczyła. Jak nas tu do Polski wysłali to ona już do szkoły nie chodziła. Tylko jakieś przyuczenie do zawodu zrobiła. I była pani krawcowa.
- Jak to się stało właściwie, że się tu znaleźliście. W Polsce znaczy?
- No normalnie. Transportem przyjechaliśmy. Pociągiem. Ale wiesz co? Ja to już innym razem ci o tym opowiem. Zmęczony jesteś. Ja też.
- Dobrze. Pójdę już w takim razie – powiedział wstając z krzesła.
- A ty to zapisujesz? To co ja opowiadam?
- Właśnie idę zapisać. Dziękuję za obiad.
- No, nie powiem, że nie ma za co, bo się narobiłam trochę, ale to sama radość patrzeć, jak ktoś tak zajada jak ty.
Idź już.

Mieszkanie Tomka, było najoględniej mówiąc smutne. Rośliny doniczkowe, które mama hodowała uschły. Jeszcze jak żyła, zaczęły chorować. Można powiedzieć, że umarły razem z nią.
Jedyne co było tam kolorowe to telewizor. Sprzęt, który wypełniał pustkę i robił za towarzystwo. Nie ważne co, ważne że gadające głowy poruszały się , a z ich ust wydobywały się jakieś dźwięki. Widmo samotności wisiało nad Tomkiem, za każdym razem, kiedy wracał do pustego mieszkania i nikt, oprócz ludzików zza szklanej szybki nic nie mówił.
Teraz, jest Jacuńska. Ona i jej dziwna chęć spisania historii swojego życia. I te jej opowieści. Niesamowite życie miała ta kobieta…
Dziś zamiast telewizora, najpierw włączył komputer.
Nowy folder. Dokument tekstowy. Nazwa… jak to nazwać? Biografia? Na początek może być. Zawsze można to potem zmienić. W punktach zapisał to co usłyszał od sąsiadki. Zawsze tak robił. Potem rozwijał te punkty. I wychodziła opowieść. Teraz też wyjdzie. Bo życie tej kobiety było, tfuuu, jest warte uwiecznienia.

 

 

 


- Proszę na mnie nie patrzeć! Słyszy pani! Nie życzę sobie! – Malwina krzyczała tak głośno, że pewnie było ją słychać na sąsiedniej ulicy. Ewa, która była bezpośrednim sprawcą tej awantury, bo miała czelność spojrzeć w stronę rozhisteryzowanej nastolatki, stała i nie wiedziała co zrobić.
Sytuacja trochę ją przeraziła. Ona nie patrzyła na Malwinę tylko na stolik, przy którym dziewczyna siedziała.
- Co się stało? Córeczko? – Jużyk wpadł do salonu jak przysłowiowa burza. Szybko ocenił sytuację, która w jego ocenie wyglądała jednoznacznie. Obca baba znęca się psychicznie nad ukochaną córeczką. Innej opcji nie brał pod uwagę.
- Co pani jej zrobiła? – zapytał oskarżycielskim tonem
- Nic.
- To dlaczego ona płacze?
Z oczu Malwiny płynęły najprawdziwsze, wielkie łzy i spływały na różową bluzeczkę z wizerunkiem Kiti.
- Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Tatoooo… bo ona się ze mnie śmiałą. Wzrokiem się śmiała! – dziewczyna spojrzała na Ewę z nienawiścią. – Ona chce mi ciebie zabrać. Pozwolisz jej?
No i zaczęło się. Jużyk rzucił się córce na pomoc tulił , głaskał i szeptał na uszko zaklęcia ojcowskiej, dozgonnej miłości. Skutek był odwrotny do zamierzonego. Im bardziej on starał się ja uspokoić, tym głośniej płakała i zawodziła.

Wspomnienia wróciły. Przed oczami stanęła jej, nie Malwina tylko ona sama w roli rozhisteryzowanej nastolatki, którą była kilkanaście lat temu. Też siedziała wtedy na wózku inwalidzkim. Wszędzie dopatrywała się spisku i tego, że ktoś się z niej naśmiewa. Mama zawsze jej ulegała. Gdyby nie twarda i konsekwentna postawa ojca pewnie nie było by jej dziś w tym miejscu… Byłaby zgorzkniałą kobietą na wózku, która oczekuje współczucia i żąda.
Właściwie to od wypadku, do czasu kiedy ponownie stanęła na własnych nogach jej życie było jednym wielkim żądaniem. Przecież to jej się należało! To ona była pokrzywdzona.
I wszyscy mieli tańczyć w rytm wypłakiwanego przez nią walczyka.
Ojciec przestał tańczyć, kiedy po rozmowie z lekarzem okazało się, że tak naprawdę to fizycznie wszystko jest w porządku, i że ta niemożność chodzenia to jakaś psychiczna blokada. Wtedy zaczął ją zmuszać.
- Chcesz ciasteczko? To sobie weź.
- Przecież wiesz że nie mogę.
- Możesz, tylko ci się nie chce.
Długo trwało zanim się przełamała, wstała i po prostu zaczęła chodzić wracając tym samym do świata żywych.
 

- Mogę panią na chwilę poprosić? Do mojego gabinetu. – Jużyk nie czekając na odpowiedź, poszedł przodem. Był wyraźnie wściekły. Mała jędza triumfowała.
- Co jej właściwie jest? – zapytała nie czekając na oskarżenia
- Jest chora. Nie widzi pani?
- Wie pan , że w takiej sytuacji to chora jest cała rodzina. Pan jako starszy i mądrzejszy nie powinien jej ulegać. Nie widzi pan, że ona gra? Że terroryzuje wszystkich swoją chorobą?
- Co też pani wymyśla! – Jużyk był wyraźnie oburzony. – Jest chora. Nikt z własnej woli nie siedziałby na wózku. I czy się to pani podoba czy nie proszę aby pani była dla niej wyrozumiała. Ona cierpi.
- Zapewne. Nie mam zamiaru tego kwestionować. Pan też cierpi.
- A co pani może o tym wiedzieć? – powiedział i odwrócił się w stronę okna, dając tym sygnał do zakończenia rozmowy.  
- Wiem. I to więcej niż się panu może wydawać. Ona jest wierną kopią mnie. Ja też myślałam, że wszystko mi się należy tylko dlatego, że byłam na tyle niefrasobliwa, że wlazłam na drzewo. I spadłam.
Wyszła cicho zamykając za sobą drzwi. Jużyk został sam. Ziarno prawdy zostało zasiane.

 


  część 11

  - Niech się pani Ewunia nie martwi – ciocia troskliwie podsunęła Ewie kawę. – Się Ewunia napije i nie myśli już o tym. Ona, Malwinka znaczy strasznie nerwowa teraz. I Adasiowi też się to troszku udziela. Ja mu już melisy naparzyła. Zaraz mu przejdzie.
- Ja się nie martwię, tylko mi troszkę przykro. Bo ja pani Jadziu wiem, przez co oni przechodzą. Przeżyłam to.
- No, co też Ewunia wygaduje? W imię ojca i syna – ciocio - gosposia przeżegnała się nabożnie – Toż, przeca widzę, że chodzi i na wózku nijakim nie jeździ.
- Ale jeździłam. Krótko. Chodzę, bo mój ojciec się uparł. 
A co się stało Malwinie? Bo to chyba od niedawna ten wózek, co? – zapytała, niby od niechcenia, podnosząc filiżankę do ust.
- A bo ona to… - ciocia raptem przerwała – Ja tam nic nie wiem. Niech się pani Ewunia Adasia zapyta. Jak on zechce to opowie.
Wychodząc spojrzała na Ewę przepraszająco.
No trudno, widocznie nie może, albo nie chce powiedzieć. Ostatecznie to nie moja sprawa. Ja tu tylko sprzątam. Oraz remontuję. Sprawy rodzinne państwa Jużykostwa są mi moralnie obojętne – pomyślała.
To kłamstwo. Takie wyparcie z podświadomości. Od czasu wypadku, nigdy nikt, kto jeździ na wózku inwalidzkim nie był jej obojętny. Ewa przejmowała się losem każdej takiej osoby. Oczywiście, że nie była wstanie pomóc każdemu, każdego potrzymać za rękę, ale własne przeżycia predysponowały ją jakoś mimowolnie do tego, żeby nie tyle grać, co faktycznie być siostrą miłosierdzia. Tak jakby pomoc wszystkim ułomnym na ciele czy na umyśle należała do jej obowiązków. To się nazywa spłacaniem długu. Olbrzymiego długu wdzięczności. Ojciec, który tak bardzo pomógł jej swoją twardą i nieustępliwą postawą, byłby z niej dumny.

- Pani szefowo! – robotnik z ekipy remontowej przybiegł zdyszany – O tu się pani skryła. Bo my nie wiemy co dalej.Ewa uśmiechnęła się mimowolnie. Pan Kazio, który właśnie przybiegł, przypominał krecika z dziecięcej bajki. Mały, krępy, niewywrotny. I miał takie śmieszne niebieskie spodnie na szelkach. Stroju dopełniała czapka z daszkiem w kolorze  tychże spodni. Krecik jak nic. I na dodatek był zabawny. Zawsze miał jakiś problem, mniej lub bardziej poważny, z którym to absolutnie musiał zwrócić się do Ewy.
- Zaraz skryła. Odpoczywam od waszych wrzasków. I tej koszmarnej muzyki. Naprawdę musicie tak głośno tego słuchać?
- No niby nie musimy, ale robota szybciej idzie. Jakby nas pani na dniówki najęła to byśmy się grzebali, a że my od roboty umówieni to się uwijamy, coby szybciej skończyć i następną fuchę brać. Czas to pieniądz.
- No właśnie – Ewa przerwała filozoficzne wywody pana Kazia, który wyraźnie zaczynał się rozkręcać – To, z czym macie problem?
- A! No tak, bo my, pani szefowo nie wiemy jak te płytki kłaść. W karo czy normalnie polecieć? Szybciej będzie…- Krecik spojrzał na Ewę z wyraźną nadzieją, że jednak usłyszy z jej ust odpowiedź, że prosto.
- W karo panie Kaziu, w karo. Przecież pan doskonale wie, że prosto to wygląda potem jak … - zamyśliła się niemogąc znaleźć odpowiedniego określenia – No byle jak po prostu. I już.
Pan Kazio wracał do wesołej ferajny podśpiewującej pod nosem discopolowe przeboje z miną straceńca.Na wieść, że „w karo” , śpiewy na chwilę umilkły, ale tylko do momentu, kiedy z magnetofonu nie rozległy się dźwięki pieśń nad pieśniami. Wszyscy zgodnym chórem zaintonowali z wokalistą „ Miała matka syna…..”

Drzwi od gabinetu Jużyka były szeroko otwarte. Adam siedział za biurkiem. Rozmawiał prze telefon i jednocześnie notował. Sprzeczne emocje wywołane rozmową widoczne były aż nadto na jego twarzy. Euforia walczyła z irytacją.
- Rozumiem panie doktorze, ale nie bardzo wiem, co powinienem w tej sytuacji robić –powiedział i skinął na Ewę, która przechodziła właśnie obok – tak, oczywiście przyjedziemy w czwartek, na szesnastą. Do zobaczenia…
- Skąd pani do licha wiedziała? – zapytał odkładając telefon.
- O czym pan mówi?
- No jak, o czym? O Malwinie?
- Ja nic nie wiem. Nawet nie wiem, co jej jest tak naprawdę. Wiem tylko, że nie można jej we wszystkim ulegać, bo to się może dla wszystkich źle skończyć.
Adam popatrzyła Ewę smutnym wzrokiem, odwrócił się do okna. Stał tak dłuższą chwilę zanim zdecydował się mówić.
- Miała wypadek. Malwina znaczy. – powiedział smutno, wciskając ręce w kieszenie tweedowej marynarki – Taki głupi, wynikający z bezmyślności dziecka i beztroski rodziców. To nasza wina, moja i żony. Nie powinniśmy byli pozwolić jej na jeżdżenie kładem. To bardzo niebezpieczne. Jeździła pani kiedyś kładem? – zapytał spojrzawszy na Ewę przelotnie. Zaprzeczyła ruchem głowy.

 
- Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie zostanę tu ani dnia dłużej - Rysiek ryczał niczym ranny osioł – Nie pozwolę się wykorzystywać.
- Uspokój się – Tomek próbował załagodzić sytuację, ale każde wypowiadane przez niego słowo wywoływało skutek odwrotny od zamierzonego.
- I ty myślisz, że sobie poradzisz beze mnie? O tu, słyszysz TU!!! Mi kaktus wyrośnie - wrzeszczał pokazując jednocześnie dłoń, na której to jakoby miała nastąpić uprawa kaktusów.
- Dobra idź sobie. Możesz nawet już – Tomek machnął ręką i poszedł na zaplecze. Dość już miał handryczenia się z furiatem – Nie ma ludzi niezastąpionych – dodał wychylając się z za drzwi.
No tego to się akurat Rysiek nie spodziewał. Jakiegoś przepraszania, skomlenia, próśb popartych odpowiednią podwyżką i obietnicą, że zrzeknie się na jego cześć tego szefowania, ale nie tego, że każe mu iść.
- No? Na co czekasz? Potrzebujesz tego na piśmie?
Rysiek nie odpowiedział. Usiadł za przeszklona ladą, w której leżały stosy kabelków i przejściówek, łączników.
- Nie ty mnie Ciołku zatrudniałeś. I nie ty będziesz mnie zwalniał. Dobre sobie – powiedział. – Ty, gościu, a może tobie chodzi o to żebym ja dyscyplinarkę dostał, co?
Do końca dniówki zostały jeszcze dwie godziny. Bardzo długie godziny. Najgorsze, bo teraz ludzie kończą pracę i zaczynają się włóczyć po sklepach. Jedni przychodzą, bo czegoś potrzebują, a inni tak po prostu, szwendają się   z braku innego pomysłu na spędzenie czasu.  Szwendacze są najgorsi. Oglądają, podziwiają, zadają masę pytań i wychodzą.
Cała awantura z Koterbą Ryszardem zaczęła się od tego, że Tomek wpadł na pomysł. Takie czasy, że trzeba się chwytać różnych dziwnych sposobów, żeby zarobić na kieliszek chleba. Każdy, najmniejszy zakup dokonany w ich sklepie miał być premiowany punktami. Punkty potem można by zamienić na usługę, albo na jakiś towar drobny. Na szczęście Tomka, i ku wyraźnemu niezadowoleniu Ryśka, boss, to znaczy Waldek, był pomysłem zachwycony.
Najgorsze było to, że przyszedł taki, niewiadomo skąd, zajął miejsce należne Ryśkowi, chociażby z racji stażu, to jeszcze śmie wpadać na pomysły. Dobre pomysły.
- Co jest chłopaki? – Waldek wpadł zdyszany do sklepu tuż przed zamknięciem. Tomek właściwie to nie był zdziwiony, wizyta bossa. Widział jak Rysiek wychodzi na zewnątrz i gada cos do telefonu wymachując przy tym rękoma. 
Na wszelki wypadek nic nie mówił, wolał poczekać na rozwój wypadków. Rysiek za to, miał bardzo dużo do powiedzenia.
Mówiąc cały czas wymachiwał w stronę Tomka oskarżycielskim paluchem. - Albo ja, albo on – zakończył przemowe teatralnym gestem.

- Nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi, ale mam wrażenie, że przestało ci się u nas podobać. Nie mam zamiaru cię zwalniać, ale jeśli czujesz, że masz dość to z żalem, ale przyjmę twoją rezygnację.

Brawo! Boss wybrnął z sytuacji znakomicie. Perfekcyjnie zadał cios i czekał na reakcję. To się nazywa załatwianie sprawy w białych rękawiczkach. Tomek był pod wrażeniem umiejętności szefa. Ostatecznie nie od parady był psychologiem. Umiał rozmawiać z ludźmi. Skłonić ich do odpowiednich zachowań.


Część 12
Rysiek zamilkł w pozycji żony Lota. Z rozdziawioną ze zdziwienia gębą. Nie spodziewał się takiej reakcji. To Nie tak miało być. Po pierwsze, szef miał trzymać jego stronę, bo to on jest ten fachowiec, a po drugie to na zbitą twarz miał wyrzucić tego przybłędę. Racjonalizatora od siedmiu boleści.
- Ale… - zaczął. Boss nie dał mu jednak skończyć.
- Spokojnie. Nic nie mów. Przemyśl sprawę. I daj znać. Czy zostajesz czy odchodzisz. Bo wiesz… muszę poszukać kogoś na twoje miejsce, w razie jakbyś się namyślił na „tak” – powiedział i zaraz dodał - I jak tam dziś utarg chłopaki? Ile jesteśmy do tyłu?
- Jakie do tyłu? No co ty? - Tomek zaśmiał się. Wieści rodem z kasy fiskalnej nie były rewelacyjne, ale i nie najgorsze – Jakoś idzie.
- E tam… takie gadanie – Waldek machnął ręką – księgowa ciągle narzeka. Musze lecieć. To do poniedziałku. Mam nadzieje, że jakoś się dogadacie, a jak nie to... – zrobił gest ręką symulujący rozmowę telefoniczna i już go nie było.
Nic dziwnego, że nie ma czasu na zajmowanie się sklepem. Prawdziwy interes i pieniądze to on na kozetce w swoim gabinecie uskutecznia. Coraz więcej ludzi potrzebuje terapii. Takie czasy. Złe dla tych co sobie nie radzą i kokosowe dla kozetkowych terapeutów.
Sklep zamykali w absolutnej ciszy. Żaden się nie raczył odezwać. Tomek zastanawiał się jak sobie poradzi jeśli, Rysiek jednak podejmie decyzje na „nie”. Ten drugi z kolei myślał co zrobić. Nie honor zostać. A z drugiej strony rachunki, żona, dzieci i kredyt za plazmę do spłacenia.

W drodze do domu, Tomek kombinował co zrobić, żeby jakoś niepostrzeżenie dostać się do mieszkania. Po tej awanturze marzył tylko o tym, żeby położyć się i mieć wszystko i wszystkich w nosie. Nie miał ochoty ani na domowe klopsiki, ani na pogaduszki ze wścibską sąsiadką. Mimowolnie uśmiechnął się do tych myśli. No jaka ta Jacuńska była, taka była. Wścibska, gadatliwa, ciekawska, ale w gruncie rzeczy to fajna z niej kobitka. Zabawna i z poczuciem humoru. Wchodząc do klatki, zrezygnowany machnął ręką. Co by nie robił i tak przed nią nie zwieje. Jak pech to pech. Nawet serialu akurat o tej porze nie ma żadnego. A jak nie ma to, już ona każdego przypilnuje.
- Myślałam, że nigdy nie dojdziesz z tej roboty. Ile można czekać? Ciebie to po śmierć posłać . To by człowiek jeszcze trochę pożył – zrzędziła. Życzliwie i z dobrego serca, ale jednak zrzędziła.
- „Wieczór taki piękny, że szedłem piechotą” pani Jacuńska – Tomek nie mógł się powstrzymać i użył ulubionej wymówki ojca, który zawsze tak Tuwimem odpowiadał matce na pytanie „co tak późno?”
- Ty, ty nie bądź taki do przodu, wiesz. Łapy myć i do stołu – zarządziła i poszła do kuchni.
Smakowity zapach zasmażanej kapuchy zupełnie stępił pokłady asertywności. Inna sprawa, że żołądek, też domagał się czegoś strawialnego.

- Przygotowałam dla ciebie Tomeczku te dokumenty – powiedziała sąsiadka dolewając szczodrą ręką kolejna chochelkę pomidorowej z ryżem.
- Dokumenty?
- No te przewozowe. Z Wileńszczyzny, jak nas transportem tu wysłali. Oj no przecież ci mówiłam.
Sąsiadka zamyśliła się na chwilkę poczym dodała,
- Zapisałeś sobie? To co ci ostatnio opowiadałam?
- No pewnie. W punktach do rozwinięcia. I nawet zacząłem już rozwijać. Tylko jakoś mi nie idzie.
Tomek zrobił smutna minę, nie tyle z powodu blokady twórczej co na myśl o utraconym kulinarnym raju. Umowa była prosta. On pisze, ona gotuje. W tej sytuacji wizja pełnego żołądka nieco się oddaliła.
- E tam. Głupie gadanie. Kiedyś napiszesz. Obejrzysz te papiery. Może ci się rozjaśni.
Tomek wstało od stołu z zamiarem natychmiastowego przystąpienia do oglądania.
- Gdzie!? Z tymi łapami?! To zabytki są. I pamiątki rodzinne. Zjesz, umyjesz łapy i możesz oglądać sobie.
Zrozumiał. Co więcej nie miał za złe, że tak na niego warknęła. Jako nieodrodny i co więcej pilny uczeń szanownej sąsiadki, miał wpojony szacunek do staroci. To znaczy do starych dokumentów i innych taki. Ze starociami typu skarpetki obchodził się bezlitośnie. Wyrzucał i już.
- Przepraszam. Ma pani rację. Co na drugie? – zainteresował się pociągając z lubością nosem.
- Schabowe i kapusta zasmażana – odpowiedzia udobruchana – To ja ci dziś taką śmieszną historyjkę opowiem, bo wiedzę że ty dziś z humorem coś nie za bardzo. I nawet zgadywać nie muszę, że tu o tego Ryśka chodzi. Co? Nie, nie odpowiadaj i tak wiem swoje - monologowała, podczas gdy facet naprzeciwko pochłaniał górę żarcia – Jak się do Polski przeprowadziliśmy, to znaczy jak nas tu przywieźli to tu jeszcze było sporo Niemców. Niektórzy wcale nie chcieli wracać tam, bo tu się porodzili, tu mieli rodziny i majątki. Naraz przychodzi taki w białej koszuli i czerwonym krawacie i mówi, że mają się spakować i wyjechać. I zostawić dorobek całego życia. Bronili się. Ale to tylko niektórzy. Byli tacy co bez żalu zostawiali wszystko i jechali gdzie im kazali.
Wspominałam ci, że ja wtedy to jakieś siedem lat miałam. Siusuimajtka taka i głupia. I wiesz co myśmy kiedyś zrobili? Złapaliśmy takiego jednego szwabskiego dzieciaka. I go spraliśmy. Mocno. Tak żeby zaczął płakać.
- Ale po co? – Tomek nie bardzo rozumiał tok myślenia sąsiadki i jej młodocianych kamratów.
- A widzisz, bo myśmy chcieli usłyszeć jak się płacze po niemiecku.
- Co?
- Ano nic. Płakał tak samo jak my.
Tomek spojrzał na Jacuńską, która uśmiechała się do wspomnień. I też się uśmiechnął. Bo wyobraził sobie jak starsza pani tłucze małego chłopca w krótkich spodenki po głowie i czeka, aż ten zacznie ryczeć. E… wróć! Przecież ona wtedy była mała. I miała kokardki we włosach. Mimo najszczerszych chęci nie potrafił wyobrazić sobie siedzącej przed nim kobiety, w krótkiej sukience i z mysimi ogonkami przy uszach.
 


Część 13

- Miałem ciężki dzień. Pójdę już - Tomek wstał od stołu - Dziękuję za obiadek. Jak zwykle paluszki lizać.
- Lepiej umyć - sąsiadka mruknęła, uśmiechając się pod nosem.
- Słucham?
- Nie nic, tak sobie mruczę. Będziesz coś pisał dzisiaj?
- Spróbuje, ale…
- Bo ty o się chyba za szybko poddajesz. Wiesz? Notatki zrób, a jak już będzie ta no, Wena czy jak jej tam to wtedy poleci serią. Jak z karabinu.
- Mam taką nadzieję Pani Jacuńska.

Nie mogąc pisać, zasnąć, skupić się na filmie ani książce, Tomek gapił się bezmyślnie w okno. Stał przy parapecie, dokładnie ukryty za firanką.
- Jeszcze trochę to sobie poduszkę pod łokcie podłożę i będę wyglądał jak te plotkary, co to wiszą z cyckami za oknem
i wszystko widzą, wiedzą i komentują. Bynajmniej nie życzliwie - pomyślał - A może by tak spacer?
Myśl raz pomyślana, zaowocowała szwendaniem się bez celu po osiedlu. Nawet nie zauważył jak bloki zostały w tyle, a przed nim wyrosło osiedle domków. Stare osiedle. Te domki pamiętają starą nomenklaturę.
Mijając jeden z takich zaniedbanych budynków, który czasy świetności miał już dawno za sobą, zauważył śmieszne autko. To znaczy autko było zupełnie normalne. Ten kolor był śmieszny. Podobno złoty. Jaki ten świat mały - pomyślał, przypominając sobie właścicielkę podobnego samochodu. Tę roztrzepaną lalunię co zatrzasnęła kluczyki. Niezła była.
Na miss się nie nadawała, ale najwyraźniej miała w sobie coś takiego, co nie pozwalało o niej zapomnieć. Co z tego, jak daleko mieszka? Właściwie daleko, to pojęcie względne.  Rok nie wieczność, Kołobrzeg nie Kalifornia. W dzisiejszych czasach to się wszędzie blisko zrobiło. Czasami to nawet gdzieś za granicę szybciej się dojedzie niż do jakiegoś miasta w Polsce. Samolotem raz dwa, i na miejscu.
    Wracając do domu Tomek postanowił, że zadzwoni. A co tam! Przecież może zapytać co słychać, jak sprawy, czy dorobiła sobie kilka kompletów zapasowych kluczy? Nawet jej imię zapamietał, co było niezwykle rzadkim w przpadku Tomka zjawiskiem. No cóż zjawiskowa kobieta to i czary mary zrobiła.  Skoro na żywo  na wampirzycę nie wyglądała, to prze telefon tym bardziej go nie zje.
Postanowienie ciałem się nie stało. Wizytówka z numerem do laski od złotego opla zniknęła. Jak kamfora. Nawet cień zapachu po niej nie pozostał. Pewnie gdzieś leży i się śmieje. I zajdzie się, jak nie będzie potrzebna.

- Ekipa jutro będzie tu tylko do 14. To ja im powiem co i jak. I od czego mają zaczynać w poniedziałek i też się ulotnię.
- Słucham? No szkoda. Myślałem, że im na czasie zależy i na pieniądzach. Mogli by w niedzielę też popracować - Jużyk miał niezadowoloną minę. Nikt nie lubi bałaganu w domu. Zwłaszcza takiego długoterminowego. Wszędzie pył, kurz i porozstawiane po katach graty. I obcy ludzie szwendający sie po całym domu.
- Co nagle to po diable – ciocio-gosposia na wszystko miała przysłowie – niech się Adaś nie denerwuje. Każdemu się wolne należy. I odpoczynek. A jak oni w poniedziałek wrócą to im się będzie robota w rekach palić. Tylko Ewunia niepotrzebnie wyjeżdża. Zamiast posiedzieć i odpocząć.
- Muszę jechać. Mam mamę, kota i przyjaciółkę, która jutro obchodzi urodziny.
- Jak mus to mus – ciocia najwyraźniej uznała przedstawione argumenty za ważne i usprawiedliwiające – To może ja się Ewuni pomogę spakować?
- Jakie tam pakowanie. Przecież w poniedziałek bedę tu z powrotem.
- Skoro pani musi to oczywiście, proszę jechać.
Ewa popatrzyła na Jużyka, który łaskawie „zezwolił” jej jechać z niekłamanym zdziwieniem. No bo co on sobie myśli? Że kupił jej czas? Razem z nadgodzinami?
Jedna Malwina nic nie powiedziała. Widać jednak było, że jest bardziej niż bardzo zadowolona z wyjazdu Ewy. Będzie miała tatuńcia dla siebie i będzie mogła nim rządzić według własnego widzimisię. A tatuńcio z braku obiektu, za którym może wodzić smętnym spojrzeniem zbitego psiaka, całą uwagę będzie poświęcał swojej biednej, chorej córeczce.

- Co ty tu robisz? Miało cię nie być! – Anka była zdziwiona widokiem Ewy.
- Po pierwsze to na wypadek gdyby ci umknęło to jest weeckend. Po drugie to masz urodziny dzisiaj zdaje się, przez grzeczność nie powiem które.
- A jest jakieś po trzecie?
- A po trzecie – Ewa ciągnęła niezrażona sarkazmem przyjaciółki – to o ile dobrze pamiętam, to to jest moje mieszkanie i to ja mogłabym zadać Tobie pytanie: co tu robisz?
- Mieszkam.
- Acha. To faktycznie wyjaśnia wszystko. 
- Wody nie mam. Awaria jakaś czy cóś.
- Raczej cóś, sadząc po bałaganie – Ewa nie poznawała swojego mieszkania. Wszędzie walały się ciuchy Anki. Salon wyglądał jakby stacjonował tam pułk wojska i ewakuował się w trybie nagłym. W zasadzie to normalne, i zupełnie przewidywalne. Wszędzie tam gdzie Anka postawi swoją wcale nie małą stopę automatycznie, niejako z rozpędu tworzy się bałagan. Bałaganiarstwo jest nieodłączną cechą jej charakteru i trzeba to zaakceptować. Albo wyrzec się jakichkolwiek kontaktów. Ponieważ druga opcja absolutnie nie wchodziła w grę, z przyczyn obiektywnych, należało sie pogodzić z takim stanem rzeczy. I sprzątać.
Jedynym miejscem, które wydawało się być nieskażonym wrogą działalnością koleżanki- bałaganiary, była kuchnia. Zawsze panował w niej idealny porządek. Zarówno kiedy królowała w niej Ewa, jak i Anka. Ta pierwsza, wiadomo, z natury porządnicka i absolutne kulinarne beztalencie. Druga z kolei, pasjami uwielbiała gotować i robiła to rewelacyjnie. Porządek był wynikiem właśnie tej pasji. Poza tym bałagan jakoś dziwnie w tym przypadku, przeszkadzał Ance w rozwijaniu wodzy kulinarnych fantazji.
- Serio nie spodziewałaś się mnie? – Ewa zapytała podejrzliwie zerkając spod oka.
- Serio, to się dziwię, że tak późno jesteś. – odpowiedziała, szczerząc w uśmiechu wszystkie zęby- Spodziewałam się. I miałam nadzieję, że jednak przyjedziesz. A jak cię długo nie było to zaczynałam głupio myśleć, że mnie olewasz.
- Oszzzzzzzzzz Ty! Durnoto chińska! – Ewa przytuliła przyjaciółkę - Czy ja kiedyś zapomniałam o Twoich urodzinach?
- No. Raz. Ale to akurat, mogę ci wybaczyć. Chociaż zapomnieć nie zapomnę. Nigdy.

Poszły do kuchni skąd na całe mieszkanie rozchodziły się niepokojąco przyjemne zapachy. Im bardziej zapach był intensywny i miły dla nosa, tym większe prawdopodobieństwo, że danie będzie nie tylko smaczne, ale i mocno kaloryczne. No tak to już jest, z tą polską kuchnią, że wszystko to co smaczne jest też cudownie niezdrowe.
- Bigos? Zrobiłaś bigos? – Ewa z lubością pociągnęła nosem.
- No! Twój ulubiony. Z cukinii.
- I co jeszcze? Chociaż nie, nie mów. Najpierw się najem bigosem. Sto lat nie jadłam – Ewa rozsiadłą się w kuchni jak gość, którym poniekąd była – Ja będę się napychać. A ty opowiadaj.
- O czym niby? Nic się nie dzieje. Stara bieda. Chociaż właściwie to… Z taką malutką przykrością, muszę stwierdzić, że jest lepiej. W sensie, że zaczynam zapominać. Albo raczej uodparniać się na wspomnienia.
- A skąd ta malutka przykrość?
- Bo wiesz, ja myślałam, że to już na zawsze. Że nigdy się z tego nie otrząsnę. A wyszło tak jak zwykle.
- Łeeee – Ewa pogardliwie wydęła błyszczące od tłuszczu wargi – Widocznie to nie był „On”, tylko jakaś podróba.
- Taaa. Imitacja. Tombak jakiś – zgodziła się – To znaczy, w sensie że dla mnie tombak. Bo tak naprawdę to facet niegłupi i wart grzechu. Tyle, że ja nie będę z nim grzeszyć.
- Tylko Nadęta.
- Właśnie. I niech jej grzeszenie lekkim będzie. I nie idzie w biodra.
- Albo może niech idzie co?
- Nie! – Anka zdecydowanie zaprzeczyła – Nie życz drugiemu co tobie nie miłe. Dokładki?
- Nie, dzięki – Ewa zaśmiała się – Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jakieś dziwaczne deja vu.
- Że co?
- No te twoje przysłowia i dokładki.
Anka popatrzyła wzrokiem pod tytułem; Zwariowała. Albo ja zwariowałam. Albo obie mamy lekkiego szmergla.
- Choć do salonu. Opowiem ci. Masz coś mocniejszego? Za twoje zdrowie? I na trawienie?

Szampan zdecydowanie nie działa dobrze na układ trawienny. Za to doskonale rozluźnia i daje uczucie błogości. No i rozwiązuje język. Przy pierwszym szczegółowo obgadana została ciocio - gosposia, oraz Krecik. Druga butelka pomogła w rozkminianiu osoby Pana Pracodawcy. Oraz Jej Wredności córeczki Malwinki.
- Już ją lubię. Tę ciocie znaczy. Ale za Malwinką , niekoniecznie szaleję.
- Wiesz, ona może by i była inna gdyby…
- Ty nie bądź tak siostra miłosierdzia. Wredne jest dziewczyńsko i już.
- Tak samo wredne jak ja kiedyś.
- No fakt. Najłatwiejsza w pożyciu to ty nie byłaś.


Część 14

       Rozmowny, urodzinowy szampan, na całe szczęście nie powoduje kaca. Ani zwykłego, ani tym bardziej giganta. Bąbelki mają to do siebie, że przyjemnie szumią w kieliszku, delikatnie szczypią w język, i rozrzedzają krew w stopniu lekkim, pozwalającym kontrolować słowa, myśli i czyny. Bardzo możliwe, że z prawdziwym szampanem, takim z Szampanii, z górnej półki w monopolowym jest inaczej. To coś, czym raczyły się wczoraj dwie psiapsiółki, w celu uczczenia kolejnych urodzin, obok szampana nawet nie leżało. Takie tam wino musujące. Ale dobre. I co ważniejsze ich zakup nie ciągnął za sobą konsekwencji spłacania kredytu.
- Kiedyś sobie kupię prawdziwego. Jak będę miała coś wielkiego do opicia – powiedziała Anka, zacierając ślady libacji.
- Nie upychaj na siłę – Ewa, delikatnie odsunęła przyjaciółkę od kosza na śmieci – Bardzo jestem ciekawa, co będzie warte opicia prawdziwym szampanem.
- Jeszcze nie wiem, ale ty się nie strachaj, mała, dowiesz się, bo wypijesz tego szampana razem ze mną.
- No… chyba , że akurat nie będzie mnie pod ręką. To zadowolisz się jakimś Don Juanem w wersji blond.

- Wolę brunetów – Anka natychmiast zripostowała i wypięła język.


- Tia… Z reguły. Bo zdaje się, że robisz wyjątki. O ile mnie pamięć nie myli, to Drań był blondynem.
- Jest. Jest blondynem. W świetle materiału dowodowego, zgromadzonego w sprawie wzmiankowanego Drania, stwierdzam, że jest mi wszystko jedno. To znaczy on, jest mi wszystko jedno. Jeden? Nie ważne. Nawet gdyby się ufarbował, jest nieważny i jako taki przechodzi do historii. Koniec tematu.
Takie postawienie sprawy oznaczało jedno. Jeśli nawet Ance nie przeszła choroba pod tytułem; totalne rozmemłanie w pewnym Draniu, to ona właśnie robi wszystko, żeby się na niego uodpornić.
- Oby ci się udało – Ewa smętnie pokiwała głową nad kubkiem kawy.
- Co mi się udało?
- Zapomnienie.

Dwie kobiety siedzące przy jednym stole. Nie same, a jednak samotne.
- Zachowujemy się jak stare panny.
- Singielki. Jeśli już.
- Jak zwał tak zwał. Faktem jest, że tak to właśnie wygląda. I nie tylko wygląda. Taka jest prawda. Goła.
- Że jesteśmy stare panny? Twu… Singielki chciałam powiedzieć. Może to jedno i to samo, ale brzmi zdecydowanie lepiej.
- Mimo wszystko, jestem zwolenniczką nazywania rzeczy po imieniu – Ewa nie była przekonana do takiej słownej estetyki – Ty? A może my jesteśmy za bardzo wybredne co?

- E…tam. Po prostu, wiemy czego chcemy. I że  nie chcemy byle czego.
- A chcemy niemożliwego. Ideały nie istnieją. Chyba powinnyśmy sobie zdać z tego sprawę. Przecież nie możesz wiecznie obchodzić urodzin w moim towarzystwie.
- A ty swoich w moim – Anka odgryzła się natychmiast.
- Patrzcie ją! Jak bojowa. Latka lecą, zegar tyka. Ten biologiczny. A my się tu zastanawiamy nad wartościami, a właściwie nad ideałami.
- ...które,  tak jak już ustaliłyśmy, nie istnieją - Anka wpadła Ewie w słowo -  I bardzo dobrze. Bo są nudne.
- Pozwolę sobie zauważyć, że nie ideała też jakoś w zasięgu nie ma.
- Jakiś by się znalazł.
- No proszę cię! – Ewa wzniosłą oczy ku górze- Nie zaczynaj znowu z Draniem.
- A kto powiedział, że mam na myśli Drania? Myślałam raczej o tym no jak mu tam?
- Nie mam pojęcia jak komuś tam - Ewa nie wykazywała chęci współpracy.
- No ten twój, od tej rozmemłanej Malwinki.
- Jużyk? Pogięło cię? Chyba nie znasz podstawowych zasad zakochiwania się. Nie można, powtarzam nie można pod żadnym pozorem zakochiwać się w ogrodniku i koledze z pracy.
- I kogo tu pogięło? – powiedziała Anka, dolewając sobie kawy – Ani on ogrodnik, ani kolega z pracy.
- W pewnym sensie jest kolegą z pracy. Nawet więcej, klientem jest.
- Jeszcze ze dwa tygodnie i przestanie nim być. Nie wmówisz mi, że ta mała jędza jest zazdrosna tak zupełnie bezpodstawnie. Zdaje się, że miałaś odwiedzić kota. Oraz mamę?- Anka zapytała, ucinając w ten sprytny sposób dalsza dyskusje na temat nieistniejących ideałów i istniejących tatusiów nieznośnych Malwinek.
- Faktycznie. A zrobiło się późno. I tak czeka mnie wykład na temat niewdzięczności – powiedziała Ewa odstawiając kubek do zlewu – pozmywasz?
Pobiegłaę nie czekając na odpowiedz. Mama czekała od wczoraj. Ledwie udało się ją przekonać, że urodziny przyjaciółki rzecz święta. Przekonać, to chyba za dużo powiedziane. Powiedzmy, ze mama raczyła przyjąć to łaskawie do wiadomości.

- Moja kiciunia kochana. Stęskniłaś się Ziuteńko za pańcią? – Ewa od progu szczebiotała do ulubionego futrzaka.
- Chyba nie sądziłaś że jej się u mnie krzywda dzieje co? - zapytała pani Zofia, dając tym samym córce do zrozumienia, że jest i że to jej należy się największe zainteresowanie.

Mama Ewy, Zofia Gajkowska, z domu Boruc, nie byłą kobietą złą. Byłą tylko zgorzkniała. Proces zgorzknienia zaczął się w chwili odejścia pana męża, Ryszarda w siną dal. Dal w brew pozorom nie była zbyt odległa. Zaledwie 40 kilometrów.
Odszedł, bo miał inny pomysł na życie. W zasadzie to nic takiego. Ostatecznie nie ona pierwsza i nie ostatnia, która została sama z domem, dzieckiem, psem, i czterdziestką na karku. Facet zwykle wtedy przeżywa kryzys wieku średniego i zaczyna szukać. Młodszego ciała. Gdyby Ryszard był odrobinę mniej przystojny, miał gorszą pracę, mniej zasobne konto i był pozbawiony temperamentu, pewnie nadal byliby małżeństwem. Niestety. Sprawy potoczyły się inaczej.
On ma nowa kobietę, nowy dom, małe dziecko, a Zofia coraz bardziej gorzknieje, zamykając się w skorupce zobojętnienia. Jedynym celem jej życia stała się Ewa. To na nią przelała wszystkie uczucia. Mało tego, powoli zaczyna zatruwać życie córce.

Ojciec odszedł w ostatnim dniu lata.
- Wyprowadzam się. Dziś zabieram tylko tę walizkę. Po resztę rzeczy przyjadę w tygodniu – Powiedział spokojnie między jednym a drugim łykiem herbaty. Zabrzmiało to tak jakby informował, że  wróci nieco później, bo idzie z kumplami na piwo.
Mama płakała 3 dni. Zamknięta w swoim pokoju wylewała żale do ojca i całego świata. Potem wezwała ekipę i usunęła z domu wszelkie ślady ojca. Przesiąknięte dymem papierosowym tapety zastąpiła nowymi. Firanki i zasłony oddała do pralni. Wymieniła też dywany i tapicerkę na cudnym komplecie wypoczynkowym w salonie. Z domu oprócz ubrań i czysto osobistych rzeczy pana R. zniknęły też wszystkie zdjęcia i wspólne pamiątki. Na przykład hamak, który przywieźli z podróży na Karaiby. Od tego dnia ojciec stał się tematem tabu. Nikt nie śmiał w obecności mamy nawet wspomnieć jego imienia.

- Co tam u ciebie mamo? – Ewa zrozumiała matczyne dąsy. Znała to na pamięć. Jak nie przeprosi, matka dostanie nagłego ataku duszności. W najlepszym przypadku rozboli ją głowa. W takich przypadkach najlepiej działało zagadanie.
- Wiesz jaka ta mała, tego Jużyka jest upierdliwa? Mówię ci. Normalnie paranoja. A on jej we wszystkim ustępuje. Tańczy jak małą mu zagra – Ewa trajkotała jak katarynka – Mamo, powiedz proszę, że zrobiłaś coś dobrego do jedzenia. Stęskniłam się za twoimi obiadkami.
- Jakoś tego nie okazałaś wczoraj – Pani Zofia boczyła się jeszcze trochę, ale chyba bardziej dla zachowania twarzy niż z przekonania. Trzeba dać małolacie do zrozumienia, że matki się tak nie traktuje – Gołąbki zrobiłam. Z kaszą, takie jak lubisz. Chcesz?
- Pewnie! – Ewa doskonale udawała entuzjazm. Po wczorajszej wyżerce przygotowanej przez Ankę miała dość jedzenia na jakiś czas. Trudno, trzeba się poświęcić i zjeść. Tak naprawdę nie będzie to aż tak wielkie poświęcenie, bo pani Zofia gotowała bardzo dobrze. Poprawnie. Bez emocji. Dokładnie odmierzała składniki, mieszała, ucierała. Przez to jej gołąbki czy  torcik makowy mogły służyć za wzorzec. Zawsze  smakowały i wyglądały tak samo.

    Po obiedzie, obie panie Gajkowskie przeszły z kawą do salon.
- Janikowa nie żyje.
Mama powiedziała to patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. Powiało chłodem. Janikowa, była jedyną przyjaciółką mamy. Jedyną która wytrzymywała jej humory. Tylko jej mama wybaczała złośliwości i udzielane rady, że powinna się otworzyć na ludzi i po prostu zacząć żyć, bo na rozwodzie nie kończy się świat. A teraz nie żyje. Jakim prawem? Ludzie nie powinni sobie tak po prostu umierać. Zwałąszcza tacy którzy jednym słowem, gestem czy uśmiechem potrafili poprawić komuś nastrój i porzegonić zbliżającą się chandrę.
- Kiedy? Jak? – Ewa nie bardzo mogła uwierzyć, że ktoś tak pełen wigoru mógł nie żyć.
- Miała raka. Od dawna się leczyła. A zmarła w poniedziałek. Zaraz jak pojechałaś, miałam telefon ze szpitala. Jej córka zadzwoniła.
- Dlaczego mnie nie powiadomiłaś? – Ewa zapytała szeptem - Dlaczego?
- Nie chciałam ci przeszkadzać – równie cicho odpowiedziała mama – Poza tym, to była moja przyjaciółka.
- Tylko? Tak ci się tylko wydaje…

    Ewa w przeciwieństwie do swojej mamy nie wstydziła się łez. Jeśli czuła taka potrzebę to po prostu płakała. A teraz czuła. Łzy same leciały dwiema powolnymi strugami po policzkach. Z żalu za Janikową, za tym że się z nią nie pożegnała i że teraz mama zostanie już zupełnie sama ze swoim wielkim żalem do losu.
- Płacz dziecko, jeśli ci to pomaga – pani Zofia szepnęła córce do ucha przytulając ją jednocześnie – Ja nie umiem. Chyba wypłakałam już wszystkie łzy.
- Dostałam od niej list, wiesz? – dodała po chwili – pokażę ci.


Część 15

Zośka!

Zauważ, że nie zwracam się do ciebie oficjalnie tylko tak swojsko. Wszystko po to żebyś lepiej zrozumiała, co mam na myśli.
No więc Zośka, (i mało mnie obchodzi że nie zaczyna się zdania od więc! Skoro to czytasz, to mnie już nic nie obchodzi
) mało mnie interesuje, że nie będziesz po mnie płakać. Wolę, żebyś mnie pamiętała taka jaką byłam. I żebyś na wieki wieków, do końca życia znaczy zapamiętała co ci mam do powiedzenia:

Po pierwsze, masz się nie rozklejać!
Po drugie, pamiętaj, że trzeba się uśmiechać. Nie tylko do córki i listonosza, ale przede wszystkim do lustra. Jak sobie będziesz rano brwi poprawiać, to masz się szczerzyć do siebie. Tak długo, aż uwierzysz, że ta nadąsana lalka potrafi się uśmiechać.
Po trzecie, wyjdź wreszcie do ludzi! Słyszysz! I pogadaj z nimi. Wcale nie są tacy źli. Ubzdurałaś sobie, że jak Cię jeden facet skrzywdził, to i wszyscy inni są tacy sami. Otóż po raz kolejny i tym razem ostatni informuje cię, że jesteś w błędzie! Mylnym błędzie jak powiedziałby taki jeden co to nazwiska nie pamiętam. Pomyśl sobie, że może to, że on sobie poszedł to było najlepsze co mógł zrobić. Dzięki temu nie męczysz się w chorym związku i masz szanse na poznanie kogoś innego. To niesamowicie poszerza horyzonty. Nie tylko intelektualne… No, ale ty żeby coś o tym wiedzieć to musisz do notatek sięgnąć.
Idź, poznaj i zdaj mi relacje. Telepatycznie. Nie martw się. Będę wiedziała…
I po czwarte. Pożegnaj Ewę ode mnie. I za skarby świata nie pozwól żeby się zamknęła w sobie tak jak ty!

Żegnaj! Spotkamy się w innym świecie. Tam gdzie nikogo nic nie boli.

Twoja nierozważna, ale zawsze romantyczna Krycha
:)


Ewa po raz kolejny czytała list Krychy Janikowej. Zawsze wesołej i pełnej optymizmu kobiety, która była absolutnym przeciwieństwem mamy. Łzy już nie leciały. Ona wcale by tego nie chciała, żeby ktoś po niej ryczał. Pewnie powiedziałaby „przesyłań mała, bo ci to na puder szkodzi”.

- Mamo, muszę jechać – Ewa powiedział cicho – dasz sobie z tym radę?
- Masz na myśli Janikową? – zapytała, po czy szybko dodała – Pewnie że dam. Ona mnie do tego przygotowywała od dawna.
- Zastosujesz się? Do tego co pisała?
- Nie wiem czy potrafię. Z drugiej strony, wola zmarłej rzecz święta.
Mówiąc to pani Zofia uśmiechnęła się pod nosem i poszła do kuchni. No przecież nie może wypuścić Ewy bez solidnej porcji wałówki. Co z tego , że jest tam jakaś gosposia co to niby cudnie gotuje? O dziecko trzeba dbać. Choćby nawet było przerośnięte i mocno samodzielne.


- A jednak odszedł… - Waldek, pokręcił głową z niedowierzaniem – To się nazywa przerost ambicji nad potrzebą życiową.
- No odszedł, szefie. I co dalej? – Tomek popatrzył na Waldka z miną skazańca – To trochę moja wina. Trochę bardzo moja.
- A co ty? W kościele jesteś? Twoja wina? – szef, jeśli nawet był zły to wcale tego nie okazywał – Sam jest sobie winien. Poszedł sobie to niech mu chodnik miękkim będzie jak będzie go wycierał w poszukiwaniu jakiejś roboty. Kryzys chłopie mamy! I wierz mi, nie ma tego złego co by się na dobro sklepu nie obróciło.
- To znaczy że masz już kogoś na jego miejsce?
- Jeszcze nie, ale ja z natury optymista jestem. Wierzę! Rozumiesz? 
- A co mam nie rozumieć? Ja też wierzę, tylko że …
- Nie ma żadnego „tylko”, ani żadnego „że”, ani „ale”. Będzie dobrze. Innej opcji nie ma. I zamykaj już. Pora na ciebie. Ja to jeszcze musze parę rzeczy załatwić. No to Nara…- powiedział i już go nie było.
 Koniec dnia. Wyłączył – światło, włączył – alarm, zamknął – drzwi, poszedł – do domu. Dzień podobny do dnia. Noc do nocy. Jedyna rozrywka to gadanie z Jacuńska. Nawet na piwo nie bardzo jest z kim iść. Kumple udomowieni się porobili. Każdy ma jakieś sprawy wagi rodzinnej. Chore dziecko, żona u fryzjera, obiadek u teściowej, trzepanie dywanu. W tak napiętym terminarzu nie ma miejsca dla starego kumpla. Zwłaszcza dla takiego niesparowanego. Singla znaczy. Nie spotykają się. I nie wiadomo czy ze strachu, że żonę poderwie czy z zazdrości, że może sobie robić co mu się rzewnie podoba. Oglądać filmy albo mecze, pić piwko, trzymać nogi na stole i nie ścielić łóżka. Życie jak w Madrycie. Cokolwiek ten Madryt w tym kontekście ma znaczyć. Tyle, że na dłuższą metę pozbawione sensu. I celu.
Noga za nogą, powoli, bo w końcu nie mam powodu się spieszyć Tomek ciągnął do domu.
- Leziesz jak ten żołnierz – Jacuńska tradycyjnie powitała go stojąc w drzwiach swojego mieszkania.
- Jaki żołnierz? – Tomek zapytał nieprzytomnie – bo nie bardzo rozumiem, że niby za mundurem panny sznurem?
- No patrzcie go! Jaki dowcipny. Zaraz pęknę ze śmiechu!
- Sąsiadka zadrwiła swoim zwyczajem – Jak ten żołnierz od Gałczyńskiego. Co z niewoli wracał. Właź bo zimno leci.
- Jakie zimno? W czerwcu? – zapytał, ale posłusznie wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi.
Nie czekając na ponaglenia sąsiadki poszedł do łazienki. Mycie rąk przed posiłkiem było jakby rytuałem, którego Jacuńska przestrzegała z zaangażowaniem godnym większej sprawy. Trudno. Pan każe, sługa musi. Ostatecznie od czystych rąk się czerwonki nie dostaje.
- No co tam? Bo minę masz jakby ci się świat na głowę zwalił.
- Bo zwalił. Odszedł. I zostawił mnie samego – Tomek odpowiedział z miną straceńca.
- Tomek, ja cie błagam. Ty powiedz, że chodzi o tego Ryśka!- sąsiadka zawoła z przestrachem w oczach.
- No a o kogo innego? – zapytał podejrzliwie – Pani Jacuńska? Co pani chodzi po głowie? Co? Chyba nie myśli pani że… No nie teraz to ja panią błagam…!
- Co mnie po głowie chodzi to ja wiem dobrze! Ale ty się nareszcie rozruszałeś. Młody człowiek nie może być taki.
- Jaki?
- Markotny! Jedz, bo stygnie – zarządziła – A ja ci trochę pogadam do tego kotleta.
- Do kotleta to się śpiewa. Nie mogła by pani? Ewentualnie?
- Mogłabym. Ewentualnie, ale nie jestem pewna czy byś to wytrzymał. Nawet mój świętej pamięci mąż nie był w stanie wytrzymać mojego śpiewania.
Sąsiadka rozsiadła się na taboreciku wyścielonym podusią we włóczkowym ubranku. Całe mieszkanie pełne było tych ozdóbek. Poduszka tu, poduszka tam. Wszystkie z różnokolorowych resztek włóczki, dziergane pracowitą, kościstą ręką Jacuńskiej. Kiczowate toto było i mocno jarmarczne, ale nadawało ciepła i swojskości. Ostatecznie, mieszkanie to nie muzeum. Nie musi w nim być jak w pudełeczku i przede wszystkim powinno być domowo. A nie jak na zdjęciu do żurnala.
- Jak była wojna to właściwie my jej na początku nie czuliśmy – zaczęła opowieść – Może tyle, że wiedzieliśmy, że jest. I powiem ci, że tak naprawdę to my nie wiedzieliśmy kogo się bardziej bać. Ruskich czy Niemców. Ruscy przekonywali, że Niemcy są be, a tamci odwrotnie. Teraz wiadomo że i jedni i drudzy mieli swoje za uszami.
Kiedyś w nocy, usłyszeliśmy walenie do drzwi. Ojciec kazał nam wszystkim się schować, a sam poszedł otworzyć.
Niemcy przyszli. Nic nam nie zrobili. Oni się tylko ogrzać chcieli. I mleka napić. Poczekali do rana i sobie poszli. Tylko ojcu nakazali żeby nic nikomu nie mówił, bo nas spalą. Nie powiedział – zamyśliła się na chwilę – Bo my tam to właściwie tak między młotem i kowadłem byliśmy wiesz. Nie bardzo wiadomo było kto wróg, a kto przyjaciel. Gdzieś tam się wielka polityka rozgrywała. Ktoś dzielił, ktoś rządził, dawał i odbierał. Tylko nam właściwie było wszystko jedno.
Wiem co powiesz, że my takie ciemne chłopstwo małorolne, a właściwie to nawet bezrolne byliśmy i nic nie wiedzieliśmy, ale ci powiem, że wiedzieliśmy. Bo my to tylko spokojnie żyć chcieliśmy. O! Polityka nas nie interesowała, bo i po prawdzie to niewiele się na niej znaliśmy.
Poszli Niemcy, przyszli Ruscy… A nam było jedno. Byleby spokój był. I przestali zabijać, palić i niszczyć.
Żebyś ty widział Tomeczku jak wyglądał ten pyszny pałac po wojnie. Ruina. A najbardziej to przykro było patrzeć na cmentarz rodzinny. Bo oni mieli taki swój, na posiadłości, od pokoleń.


Część 16
Znalezienie kogoś na miejsce Ryśka, wcale nie było takie łatwe i proste jak się wydawało. Przy siedemnastym chętnym Waldek zaczął się nerwowo drapać w łydkę.
- To uczulenie. Na pyłki. Jednym idzie w nos, a mnie w skórę lezie. I się drapię – powiedział do kandydata na zaszczytne stanowisko sprzedawcy, kiedy ten spojrzał na niego dziwny wzrokiem.
- A! No tak. Pan się podrapie, bez krępacji. Albo jeszcze lepiej maścią posmaruje – kandydat pragnął wykazać się nie tyle dobrocią serca co wiedzą medyczną.

- No tak maścią! Że też sam na to nie wpadłem – Waldek do końca grał rolę gamonia – Dziękuję za zainteresowanie ofertą. Oddzwonimy. Sam pan rozumie musimy porozmawiać z każdym.
Kiedy szef wstawał i wygłaszał taką kwestię, Tomek wykreślał potencjalnego kandydata z listy.
Trzeci dzień, a oni nie mają nikogo kto by się nadawał.
- Wygląda na to, że każdy kto ma jakiekolwiek pojęcie o handlu, o komputerach i jest na tyle rozgarnięty, że można mu powierzyć opiekę nad sprzętem i sklepem ogólnie, ma już pracę – szef nie był już takim optymistą.
- Albo wyjechał z kraju – przytomnie zauważył Tomek.
- No! Co oni tam mają za ta granica, czego u nas nie ma?
- Pieniądze i łatwiejsze życie.
- Łatwiejsze? Chłopie ja tam byłem i powiem ci, że to tylko na obrazku albo w telewizji wygląda inaczej. Bo nam się tu wydaje, że tam w tych Stanach czy innej Anglii to ludzie żyją jak w Dynastii. Guzik prawda! Rzeczywistość jest równie szara jak tutaj. Tyle, że kolory na ulicach żywsze. Bo reklam więcej.
- Jeszcze więcej?
- O wiele! Napijemy się? Jakiejś herbaty albo coś?- zapytał i nie czekając na odpowiedź pognał na zaplecze. Po chwili słychać było nalewanie wody, a później cichy szum czajnika.
- Jakby było tak strasznie źle, to by się tak tam wszyscy nie pchali co?
- Eldorado to to nie jest, a ci co pojechali to często nie mają wyjścia. Muszą tam zostać, bo tu wszystko zlikwidowali. Sprzedali, zamknęli. Albo im zamknęli. Drzwi przed nosem. I wracać nie honor. Słodzisz? – zapytał, podając Tomkowi kubek z herbatą.
- Nie, dzięki. Tyle, że to nie zmienia faktu. Nie mamy nikogo.
- Gadasz jak baba. Nie mamy, ale będziemy mieli. Jak mówi pismo, szukajcie a znajdziecie! – Waldek zagrzmiał teatralnie niczym ksiądz z ambony.
- Siedemnastu już było i nic.
- Nie już siedmnastu, a tylko siedmnastu. Niby to samo, ale jak brzmi!
Prawie czyni różnicę. Dziś miało przyjść jeszcze dwóch. Oby nie oszołomów.

Tomek uczył się. Nawet dość szybko mu to szło. Odróżniał już kilka rodzajów kabelków. Wiedział co to USB. Bezbłędnie też wymieniał wszelkie cechy monitora LCD – cokolwiek to znaczy. Do tej pory był przeciętnym użytkownikiem komputera. Średnio go interesowało co z czym i dlaczego. Komputer miał działać jak się go włączy i przestać po wciśnięciu odpowiedniego guzika. Proste. Nagle okazuje się, że żeby działał potrzebne są jakieś RAMY, dyski, pamięci przenośne, karty graficzne i cała masa innych rzeczy, takich bebechów ukrytych w środku, dla laika niewidocznych, ale niezbędnych.
Po raz kolejny potwierdziła się prawda, że jak ktoś chce i musi to się nauczy. I nie chodzi tylko o kabelki i śrubki, bo tajniki handlowania też sobie  trzeba było przyswoić. Dobry handlowiec to na wagę złota. Nie rzuca się na potencjalnego klienta i nie wciska czegoś czego on nie chce tylko sugeruje, naprowadzi i sprzedaje. Czasami wbrew pierwotnym oczekiwaniom klienta, ale często lepiej.
Przyszła niedawno taka paniusia i koniecznie chciała laptopa kupić. Najlepiej różowego. Nawet mieli takiego, w sensie, że różowego, ale taka golizna, że śmiech. Paniusia za bardzo nie była obeznana, a sprzętu jak twierdziła potrzebowała do kontaktowania się z ukochanym, który przebywał w oddaleniu.
- Proszę spojrzeć na tego, pamięć spora, karta graficzna dobra i ma czytnik linii papilarnych – Tomek przekonywał paniusię.
- No! Widzę, fantastyczny – odpowiedziała + ale, ja bym jednak wolała tego różowego.
I gadaj tu z taką! Uparła się jak oślica jakaś, że jej laptop ma do lakieru na paznokciach pasować i nie ma gadania.
- Ale, wie pani, że do tego można sobie dokupić taką folię. Różową. Się nakleja i ma pani różowy!
Paniusia popatrzyła na Tomka z zainteresowaniem. To był jego pierwszy sukces w roli pana sprzedającego. Klientka wyszła ze sklepu ze sprzętem pod pachą i bynajmniej nie był to ten różowy.


Zaraz po przyjeździe, Ewa rzuciła się w szalony wir pracy. Panowie z ekipy, wypoczęci, aż palili się do pracy.
Najważniejsze, że te koszmarne schody zostały ukończone i nie trzeba się już wdrapywać na pięterko po drabinie. Trochę to jednak było kłopotliwe.
- Jak ja się cieszę, że Ewunia przyjechała. – powiedziała ciocio - gosposia tym swoim śpiewnym akcentem – Aż strach, jak tu bez Ewuni było smutno. Adaś to tylko z kąta w kąt chodził, a Malwinka miny stroiła i siedziała jak futko.
- Jak co?
- Futko. Takie coś naburmuszone. Moja świętej pamięci mamusia tak mówiła.
- Nie miała na kogo ojcu kablować to się naburmuszyła – zażartowała – Pani Irenko, mama mi wcisnęła trochę jedzenia. Włoży to pani do lodówki?
- A to po co? Co to my tu Ewinie głodzimy? Czy może nie smakuje? - ciocio–gosposia była wyraźnie wzburzona.
- Nie głodzicie i smakuje. Ale mama to mama. Nigdy mnie z pustą torbą z domu nie wypuści. Kazała zabrać to przywiozłam. Ona też dobrze gotuje, tak jak pani.
Ciocia nieco się udobruchała i z ciekawością zaczęła przeglądać zawartość maminych słoików.
- Toż to z tego obiad dla całej rodziny być może – mruczała – i widać że panina mamusia to gospocha pełną gębą.
Ewa uśmiechnęła się promiennie i poszła do robotników. Oko pańskie konia tuczy. Niby chłopaki sprawnie pracują, wszystko idzie zgodnie z planem, ale przypilnować nie zaszkodzi.

- I co tam? Wyjazd się udał? – Jużyk stanął obok Ewy.
- Owszem. Mam nadzieję, że wy też odpoczęliście trochę – zapytała z uśmiechem- Właśnie się do pana wybierałam.
- Tak? No to słucham.
- … w sprawie pokoju Malwiny. Kiedy możemy tam zacząć?
- W każdej chwili.
- Rozumiem, że ona wie.
- Powiedzmy że zdaje sobie sprawę.
- To jednak różnica. Przez kilka dni nie będzie mogła korzystać ze swojego pokoju. Sądziłam, że pan ją jakoś do tego przygotował.
- Czy pani aby nie przesadza? – Jużyk popatrzył na Ewę z wyrzutem – Moja córka, nie jest potworem.
Jużyk mówił cicho, ale jego oczy ciskały błyskawicami. Był wściekły. Nie wiadomo na kogo bardziej, na Ewę, że nie wierzy w niewinność Malwiny, na siebie, że za bardzo wierzy, czy na los, który doświadcza jego córkę choroba.
- Nie twierdzę, że jest potworem. Przyzna pan jednak, że nie umiemy się dogadać. Dlatego, wolałabym, żeby pan ją uprzedził że mamy zamiar wejść z ekipą do pokoju – Ewa mówiła spokojnie. Jej opanowanie udzieliło się Jużykowi, który przestał zaciskać dłonie w pieści.
- Dobrze. Porozmawiam z nią.
Adam podszedł do okna. Stał tak chwilę jakby zastanawiał się czy powinien rozmawiać z Ewą o swojej córce. O życiu. Nieudanym małżeństwie i straconych złudzeniach.
- Byłem z Malwiną u psychologa. – zaczął - jej lekarz prowadzący twierdził, że z medycznego punktu widzenia wszystko jest ok. Że to w niej, w jej umyśle siedzi ta niemożliwość. To niechciejstwo. Bo tak to chyba trzeba nazwać. Niechciejstwem. Psycholog zasugerował kontakt z rówieśnikami. I może żeby zaczęła pisać pamiętnik. Tylko że ona nie chce. Ani kontaktów, ani pisać. Ja już naprawdę nie wiem co robić – powiedział odwracając się do Ewy - Może pani ma jakiś pomysł? Była pani kiedyś w takiej samej sytuacji. No to pomyślałem, że…
- A wie pan, że może i mam pomysł. Czy jest pan skłonny zainwestowac trochę pieniędzy?
- Jestem. To znaczy skłonny jestem, ale proszę mnie uświadomić o co chodzi?


Część 17

- No to tak. Pomysł jest prosty ja budowa cepa. Zakładam, że wie pan co to cep?
- Powiedzmy, że mam mgliste wyobrażenie. Ale chyba nie o narzędzia rolnicze nam chodzi? Co?
- Oczywiście. Zna pan to przysłowie, że nie chciała góra do Mahometa to…
- To Mahomet przyszedł do góry . Znam. Co panią dziś na jakieś przysłowia wzięło? Pomysł! Czekam na ten pomysł.
- Ojej, chciałam taki wstęp zrobić, wprowadzenie, ale jak nie to nie – Ewa udawała obrażoną – A pomysł jest taki, że trzeba małej kupić komputer.
- I? – Jużyk wiedział co to komputer, ale zupełnie nie kojarzył go w związku z górą, Mahometem, cepem i swoją córką.

- No jak co? Jak ona nie chce do rówieśników, to rówieśnicy przyjdą do niej. W końcu się otworzy. Zobaczy pan. Znam się na tym. To znaczy znam z doświadczenia. Może niekoniecznie własnego tylko brata przyjaciółki. To ona to wymyśliła. I się sprawdziło!
- Ewa mówiła to z takim entuzjazmem, że Adam, jeśli nawet miał jakieś wątpliwości co do samego pomysłu, to zupełnie się rozwiały. Nadal natomiast nie rozumiał mechanizmu.
- Dobrze. Rozumiem, że to sprawdzone i godne rozpropagowania, ale co dalej. To znaczy kupuję komputer, daje go Malwinie i co?
- I podłączamy się do sieci!- Ewa nadal tryskała entuzjazmem – Sieć, proszę pana to potęga. Cokolwiek by o niej nie mówić. Dużo dobrego, dużo złego, ale musimy wierzyć że Malwina jest rozsądna. Bo jest prawda? – zapytała
- Oczywiście! Że jest – Jużyk powiedział to z pełnym przekonaniem. Zupełnie jakby sam siebie chciał przekonać że jest dokładnie tak jak mówi.
- No to co? Kupujemy? – Ewa kuła żelazo póki Jużyk był na wpół oszołomiony.
- Kupujemy!
- Po południu. Zadamy panom z ekipy robotę i pojedziemy do jakiegoś sklepu komputerowego. Najlepiej nie sieciowego. Jakiś mały taki. Tam się najlepiej znają. Bo to pasjonaci. Podobno. Anka tak twierdzi, a ja nie mam powodów żeby jej nie wierzyć.

Rozeszli się. Bez komendy baczność, spocznij, do pracy przystąp. Oboje mieli nadzieję. On, że plan wypali i że córka jakimś dziwnym , cudownym sposobem dzięki komputerowi i sieci Internet odzyska pewność siebie i zyska znajomych. Ona, że Malwina nie okaże się taką za jaka ja miała; upartą i zarozumiałą pannica, która za nic nie zechce nawet spróbować.
telefon dźwięczący skoczna melodyjką w kieszeni bluzy rozproszył myśli o Malwinie.
Anka. Taki jej przypisała dzwonek, żeby od razu wiedzieć kto zacz.
- Czego? – zapytała
- Też mi miło że cię słyszę- Anka odpowiedziała niczym nie zrażona – Oraz mam pytanie. Jeśli naturalnie mogę zadać.
- Możesz. Znaj moje dobre serce.
- No! Znam. Mam przyjemność się z nim zapoznawać jakiś czas temu i od tamtej pory ciągle mi przypomina os ojej niezwykłej dobroci. I takcie. Że już o manierach nie wspomnę.
- O! I to wszystko o sercu? No patrz, jednak co dziennikarka to dziennikarka. Nawet o niczym może nawijać. Czy …
- Nie o niczym tylko o narządzie wewnętrznym – Anka bezceremonialnie wpadła Ewie w słowo- A teraz pozwolisz pytanie, bo to ja dzwonię. I jestem  spłukana.
- Dawaj.
- Jutro będę w Bydgoszczy. Masz czas żeby się ze mną spotkać? No i wolę i ochotę, naturalnie.
- Boszszzzz! Anka! Ty mi z nieba spadasz!
- Nie no co ty? Z Kołobrzegu będę jechała.
- Nie kpij, babo. Zjawiasz się jak prawdziwa przyjaciółka. Wtedy kiedy cię potrzebuje.
- Zawsze do usług. Chociaż nie wiem o co kamman, ale zakładam, że nie chcesz mnie spuścić z drabiny.
- Jakiej drabiny? Komputera potrzebuję.
- Ale że co? Ma zabrać swojego? Dobrze wiesz, że mój Wołodia to zawsze ze mną. Jak kochanek. Nie rozstajemy się.
- Durna. Kupić potrzebuje. I ty mi pomożesz! A teraz wybacz - obowiązki. No i jesteś spłukana.
- Nic nie rozumem, ale pa. Do jutra.
Ewa schowała telefon do kieszeni i poszła do panów robotników budowlanych.
- O! Pani szefowo, dobrze że się pani napatoczyła! – zawoła radośnie pan Kazio – bo my znowu durnowate. Se pani życzy tapetę w te czy w te mańkę?
Kazio zapytał , pokazując jednocześnie rękoma kierunki. W te znaczyło wzdłuż. To drugie w te w poprzek.
Ewa, uśmiechnęła się pod nosem. Jak zwykle kiedy widziała pana Kazia, w spodenkach krecika z kreskówki. Dziwne, że te spodnie były zawsze nieskazitelnie czyste. Gdyby pan Kazio był ordynatorem na jakimś mało inwazyjnym czytaj bezkrwawym oddziale, to nie byłoby dziwne, ale jako budowlańcowi z krwi i kości to należało bić za te czyste majtki pokłony.
- Mówiłam przecież, że ta w kwiaty ma być we wnękach. Tam gdzie jest oświetlenie punktowe. I wtedy wzdłuż ją położycie. Ta druga jest na ten murek przy jadalni i też wzdłuż. Nic w poprzek panie Kaziu.
Jeśli nawet Krecik-Kazio był nieco rozczarowany, absolutnie nie pokazał tego po sobie.
- Tak jest, pani szefowo! – zasalutował do czapeczki z daszkiem i pognał do reszty ekipy.
Z daleka widać było jak gestykuluje, wyjaśniając swoim pracownikom, co i jak. No i że niestety nie w poprzek.

   Praca w sklepie ma swoje dobre i złe strony. Stroną dobrą jest to ze jak nie ma ludzi to po prostu nie ma. I wtedy jest cisza i spokój. I jest czas na przemyślenia, na czytanie, na słuchanie i na … rozpoczęcie pracy nad nieszczęsna biografią sąsiadki. 
Tomek cały czas zachodził w głowę, po co Jacuńskiej ta biografia. Jedyny wniosek do jakiego doszedł to taki, że jaj odbiło na stare lata. Na całe szczęście ”odbicie” nie było mocne, ani szkodliwe dla społeczeństwa. Ot taka fanaberia starszej pani. Dobrze gotującej starszej pani.
Właśnie nadeszła por, żeby sobie w pełni zasłużyć na te wszystkie domowe obiadki. Jak mus to trzeba, zacząć w końcu pisać. Plan w zasadzie był gotowy. Zdjęcia po skanowane i poukładane tematycznie. Opowieści sąsiadki zapisane w komputerowym notesie. Wystarczyło zacząć.
I tu zaczynały się schody. Podobno najtrudniej jest napisać pierwsze zdanie. Potem to już z górki.
Bo pierwsze zdanie musi intrygować, zachęcać, wzbudzać ciekawość. Jeszcze na studiach, jak Tomek był na praktykach, jakiś wykładowca mówił, że teraz czasy się zmieniły, że ludzie są mniej cierpliwi, i że dają potencjalnemu autorowi zaledwie pół strony czasu, o ile tak to można nazwać. I albo wóz albo przewóz. Albo się zainteresują i zaczną czytać dalej, albo rzuca takie dzieło w kąt.
I wcale nie ma tu znaczenia fakt, że burzliwy zapis historii życia Jacuńskiej najprawdopodobniej przeczyta tylko ona sama. Sąsiadka pewnie przyjęłaby wszystko co Tomek spłodzi z entuzjazmem, ale on, dla spokoju sumienia chce to zrobić dobrze. Najlepiej jak potrafi.
Za chwilę, dosłownie za kilka minut, powinien pojawić się szef. We własnej osobistej osobistości.  Kolejne przesłuchania kandydatów, albowiem, czas zacząć. 
Tomek stał przy oknie i przyglądał się ludziom na ulicy.
Wszyscy gdzieś się spieszyli. Mieli jakieś sprawy. Pewnie bardzo ważne. Nawet dzieci szły jakoś tak szybko i w skupieniu.
- Kiedyś chyba było inaczej - pomyślał i przypomniał sobie siebie jak się szwendał  po ulicach. Droga powrotna do domu, zajmowała mu znacznie więcej czasu niż do szkoły. Na ulicy było tyle rożnych ciekawych rzeczy. Wystawy sklepowe, do których przyklejał nos i podziwiał to czego wiedział,  że nigdy nie dostanie. Mama nigdy nie miała dość pieniędzy, a na ojca nie można było liczyć.  Ani w kwestii pieniędzy, ani w żadnej innej. Wyjechał, jak Tomek miał cztery lata. Do pracy.
- Pojadę, zarobię, kupimy nowe duże mieszkanie, założę firmę i będziemy żyć jak pączki w maśle! - obiecywał matce. I nawet nie można powiedzieć, że tak zupełnie rzucał słowa na wiatr.  Pojechał,  zarabiał, mieszkanie kupił, założył firmę i żyje po dziś dzień jak pączek w maśle.  Tyle że tam. W Niemczech. Ma inną żonę i innego syna. Rozwód odbył się bez orzekania o winie. Matka nie chciała wywlekać rodzinnych brudów na światło dzienne. W zamian za to ojciec obiecywał że będzie łożył na utrzymanie pierworodnego. Tym razem tez skończyło się na obietnicach.
- Jestem, przybiegłem – Waldek zawołał, otwierając z rozmachem drzwi do sklepu – Mam nadzieję, że nikt nie czeka i że się nie spóźniłem?
- Co? A… - Tomek oderwał się od wspomnień -  Nikt nie czeka i nie spóźniłeś się.
- Słuchaj, nie wiem jak ty, ale ja mam dość. Dziś to już biorę pierwszego lepszego jaki się nawinie. Albo gorszego! Nie ważne! – szef przerwał i spojrzał uważnie na Tomka – Ty? Stało się coś? Jakiś taki niewyraźny jesteś?
- Nic. Tak sobie z nudów rozmyślałem.
- A! To teraz z nudów może przejrzymy listę kogo mamy na dziś. Co? I popraw sobie koszule, bo ci ze spodni wylazła.
Powiedział co wiedział! Tomek jakoś nigdy przesadnie o siebie nie dbał. Czego absolutnie nie można było powiedzieć o Waldku. Zawsze wyglądał jak spod igiełki. Czyściutki i doskonale wyprasowany. No i te ciuchy! Wszystkie z górnej półki. Nie jakaś masowa tandeta, tylko same markowe ciuszki.
Waldek, jak przystało na przykładnego szefa, dok ładnie studiował kajecik w którym zapisani byli dzisiejsi kandydaci.
- Casting czas zacząć! Jakiś Marczak, na początek. Chyba za chwilę powinien być  - powiedział i rozsiadł się za biurkiem – Marczak U. Ciekawe nie? Słyszysz mnie?
- Słyszę. A co w tym ciekawego?
- No to „u”. Jak może mieć na imię? Jedyny facet na „u” jakiego znam to Umberto. Ale wątpię żeby zachciał się fatygować.


Część 18

Waldek, zadowolony z własnego dowcipu, zagapił się bezmyślnie w monitor komputera. Grzebał w sieci. Każdą, wolną chwilę wykorzystywał do tego. Był istnym internetowym maniakiem. I ekshibicjonistą. U niego, co na sercu, to i na fejsbuku. Albo na Naszej Klasie. Ciągle sprawdzał, co tam słychać u znajomych. Tych bliższych i dalszych
- Nie boisz się? – zapytał Tomek, widząc na ekranie ikonkę ogólnoświatowego portalu społecznościowego.
- Czego? – Waldek zapytał tak trochę mimochodem, bo całym sobą, żył wieściami z portalu.
- No tak o wszystkim pisać. Założę się, że połowy tych „znajomych”, tak naprawdę nie znasz.
- Przecież nie piszę o wszystkim. Jak napiszę, że jadłem pomidorową na obiad, to chyba świat się nie zawali i żadnej tajemnicy tym nie zdradzam.
- No niby nie. Ale ja, to bym chyba tak nie mógł, wiesz. To nie dla mnie takie wywlekanie wszystkiego, nawet, jeśli chodzi tylko o mnie i… - urwał, bo właśnie do sklepu weszła klientka.
Kobieta, dziewczyna właściwie rozejrzała się po sklepie ciekawie i bez wahania podeszła do wgapionego w komputer Waldka.
- Dzień dobry – powiedziała i strzeliła uśmiech. Nie jakiś tam uśmiech numer 2 mający na celu onieśmielenie przeciwnika, tylko po prostu – uśmiech. Taki zwyczajny i uśmiechnięty. I udzielający się innym. Teraz wszyscy troje stali i mieli przyklejone do twarzy uśmieszki. Nie sztucznie, amerykańskie, tylko takie naturalne.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – Waldek zapytał wstając z fotela.
- Nazywam się, Marczak – powiedziała, po czym widząc że żadnemu z panów nic to nie mówi, dodała. – Ula Marczak, byłam umówiona na rozmowę. W sprawie pracy. Dobrze trafiłam?
Konsternacja obu panów była olbrzymia. Jako pierwszy, do porządku przywołał się Waldek. Ostatecznie był starszy, bardziej doświadczony, psychoanalityk, więc takie sytuacje kiedy trzeba szybko odzyskać zimną krew, to dla niego chleb powszedni. Szturchnął osłupiałego Tomka w bok i ten dopiero wtedy zamknął rozdziawioną buzię.
- Widzę, że panowie się mnie nie spodziewali…
- Nie, no skąd. Właśnie dlatego tu jestem, że się spodziewaliśmy, tylko, że szczerze mówiąc, to spodziewaliśmy się faceta, mężczyzny znaczy.
- Rozumiem…- powiedziała kierując się w stronę drzwi- Do widzenia, w takim razie.
- Chwila, chwila! Proszę poczekać. To, że się spodziewaliśmy faceta nie znaczy że jesteśmy jakimiś szowinistami – Waldek mówiąc to podszedł do dziewczyny – Pani pozwoli, że się przedstawię Waldemar Rymarz. Jestem właścicielem tego interesu. I proszę mi wierzyć, wcale nie uważam, że kobieta to, tylko do garów się nadaje. Tym bardziej tak nie uważam, bo moja żona, proszę pani, to ona jest inżynierem. Od dróg, mostów i innych takich, o których ja nie mam bladego pojęcia. O komputerach też zresztą nie mam. I właśnie dlatego szukam kogoś, kto się zna. I razem z Tomkiem, tym tam młodym człowiekiem ,będzie pchał ten wózek. Zakładam, że pani się zna?
- Owszem. Znam się – odpowiedziała krótko, oszołomiona lekko długą, przemową Waldka.
- No właśnie. To może w takim razie przejdziemy do rozmowy właściwej. Ma pani jakieś papiery? – Waldek zajął pozycję szefa, zasiadając za biurkiem. Dziewczynie wskazał miejsce naprzeciwko.
- Mam, oczywiście. Proszę bardzo – Ula położyła na biurku teczkę z dokumentami.
Gdyby to był film, to w tle słychać by było dramatyczną muzykę, wprowadzającą widza w nastrój grozy i napięcia. Bo oto ważą się losy. Być albo nie być, młodej kobiety.
Waldek w skupieniu studiował papiery Uli. Tymczasem Tomek, w podobnym skupieniu, studiował Ulę.
Dziewczyna wiek, na oko 23 lata, raczej mniej, niż więcej. Budowa ciała szczupła, wzrost średni, włosy krótkie i niesforne, rude, oczy na razie nie wiadomo jakie, bo głupio tak zaglądać. Raczej ładna, niż brzydka, ale to głównie dlatego, że się tak fajnie, zaraźliwie uśmiecha. Pasjonatka dżinsów i sportowego obuwia. Oraz muzyki (z kieszeni spodni wystawały kabelki słuchawek od MP3). Pozornie luzaczka , ale widać, że serio podchodzi do tego, co robi.
- Taaa. Papiery ma pani pierwsza klasa. A jak u pani z dyspozycyjnością? – zapytał Waldek patrząc zza okularów.
- Tak jak napisałam. Pełna.
- No to w takim razie… - Szef zrobił taktyczną przerwę w wypowiedzi podczas, której wytarł sobie okulary własną bardzo drogą koszulką z bardzo drogiej bawełny, kupioną w bardzo drogim sklepie. Napięcie sięgało zenitu. U dziewczyny. Tomek, widząc zachowanie szefa już wiedział, że Ulka jest jego nową koleżanką z pracy.
- Tak? – zapytała.
- Witamy na pokładzie. Od kiedy może pani zacząć?
- Od jutra? – bardziej stwierdziła niż zapytała.
Szef spojrzał na wiszący za nim kalendarz.
- Doceniam entuzjazm, ale jutro jest 29. Może pani oczywiście przychodzić, ale umowę podpiszemy od 1 lipca. Pasuje?
- Pasuje! Pewnie, że pasuje! – dziewczyna tryskała radością – Obiecuję, że nie będzie pan żałował swojej decyzji.
Ula wyciągnęła rękę do szefa. Uścisnęła lekko, kobieco. I poszła sobie, rzucając jeszcze, do widzenia i do jutra. Na całe szczęście nie dygnęła. Waldek szczerze tego nie znosił. Taka dygająca nóżką dzidzia- piernik, denerwowała go od zawsze i niezmiennie. Dygać, to sobie może prezydentowa, przed królową. A i to, dlatego, że tego właśnie wymaga kretyńska, dworska etykieta.
- No i co? Zatkało kakało? Mówiłem, że kogoś znajdziemy? Mówiłem. A jak mówię to wiem! – Waldek był zadowolony z siebie , z dziewczyny, którą właśnie zatrudnił i ogólnie, z sytuacji. – Jak ci się widzi nasz Umberto?
- Niezły. To znaczy niezła. Naprawdę ma takie mocne, te papiery?
- Naprawdę. Trafił nam się kąsek!

cdn...

 

PeeS. Tradycyjnie, proszę o sugestie dotyczące dalszego ciagu:)

Alternatywny projekt na Rzeczpospolitej Babskiej. Zobaczcie :)))


( 9 Ocen )
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Helga Litzky  - Para mieszana   |15.09.2009-04:25:39
Bardzo dobry tekst. A przecież to tylko i aż wstęp. Pięknie wyobraźnia działa (myślę, że także rzeczywistość i obrazy zapamiętane, i rozmowy grają swoją rolę. I tak ma być.). Interesują mnie przyjaciele pary nasyconej, przepraszam: mieszanej. I scenografia: gdzie mieszkają. To na początek. Zamierzam śledzić losy pary mieszanej i zbierać wydruki.Gratuluję. Helga Litzky. ;)
Nemmo  - miejsce   |15.09.2009-17:12:40
Moim zdaniem miejscem akcji powinna być jakaś dobrze znana miejscowość wypoczynkowa, jednak lepiej aby nie była zbyt dużą. Małe miasteczko, budzące miłe skojarzenia. Może to być Giżycko, Mikołajki, Zakopane lub jakaś nadmorska miejscowość. Pozwoli to z jednej strony na lepsze kontakty sąsiedzki, niewielka społeczność, z drugiej strony sezon daje sporo możliwości i wcale nie chodzi mi tu o romans, lecz o większą liczbę ludzi, a co za tym idzie różnych sytuacji.
Anna   |87.15.196.xxx |15.09.2009-18:13:35
Zgadzam się z Nemmo. Jakaś niewielka urokliwa miejscowość, w której wychodząc na ulicę na pewno spotkamy przynajmniej jednego znajomego. Może Kołobrzeg? Nie za duże miasteczko, nie za małe ...więc ja stawiam na Kołobrzeg.
Nemmo  - Kołobrzeg? Mam miłe wspomnienia :)   |16.09.2009-04:39:04
Kolobrzeg to dobry wybor.
Popieram. Już czuję smak smazonej ryby....
Ewa prowadzi smazalnie?
A moze jest właścicielką kutra? Pensjonat lub pływająca restauracja, wypożyczalnia sprzętu , stadnina koni, hotel lub herbaciarnia, czy też wszystko po trochu? A może dopiero przygotowuje się by rozkręcić interes.. Chyba wyprzedzam fabułę
Lira   |80.52.248.xxx |16.09.2009-06:04:24
Ustalamy więc, że miejscem akcji będzie Kołobrzeg i okolice. Bohaterowie mają przedstawić (na początek) swoich przyjaciół :) Czy tak??
Nemmo  - Kołobrzeg TAK   |16.09.2009-19:15:03
Giżycko dziś całkowicie odpadło z powodu nowego serialu w TVP1 - Przystań :). Czy jeszcze coś powinniśmy ustalić na początek?
Lira   |80.52.248.xxx |17.09.2009-06:13:51
Na początek wystarczy. O następne sugestie poproszę przy okazji kolejnego odcinka. :)
Nemmo  - chrakterystyczne charaktery ...   |04.10.2009-17:54:32
Liro, czyta się naprawdę dobrze, podobają mi się charaktery postaci, widoczne szczególnie w dialogach... czekam na dalej. Chwilowo nie chcę wnosić swoich sugestii... podoba mi się tak jak idzie...
Pozdrawiam Nemmo
karo_75   |194.150.247.xxx |07.10.2009-10:25:01
Tomek mógłby się złapać do jakijś firmy sprzedającej materiały do wykańczania wnętrz jako handlowiec. Bo telefon po godzinie 22 z pytaniem czy Ewa bezpiecznie dojechała, to zbyt proste rozwiązanie. Na wczasy w Kołobrzegu jako bezrobotnego, też raczej go nie stać. A może Jacuńska zabierze Tomka do Kołobrzegu, aby go poznać ze swoją bratanicą Anką - skądinąd koleżanką Ewy
Nemmo  - Para mieszana   |07.10.2009-10:42:28
życie jest zaskakujące i czasami robi nam psikusy, myślę ze Tomek zupełnie niechcący straci nr telefonu do Ewy, mimo ze bardzo by chciał do niej zadzwonić, to stanie się to niemożliwe, bo złośliwość przedmiotów martwych... utrata nr lub coś w tym stylu... pomysł z Jacuńską myślę ze dobry, szkoda ze Tomasz nie jest dobrym kucharzem... mógłby... własnie cały czas warto pamiętać o pensjonacie Mamusi.. a może Jacuńska i mamusia się znają .... świat jest mały :)
Lira  - Dziękuję...   |07.10.2009-17:44:04
avatar ... za sugestie. Odcinek był już gotowy, ale z pewnością wykorzystam wasze pomysły w następnych :)
Proszę o jeszcze :)
Anonimowy   |79.185.133.xxx |22.10.2009-08:12:52
Przeczytałam siedem odcinków,już czekam na dalsze.Dzięki za miłą lekturę...MMMM
Torin  - Czekam...   |78.8.254.xxx |30.10.2009-08:18:27
Wciągnęło mnie i chyba uzależniło. Codziennie sprawdzam czy jest już następny odcinek. Sugestie: jeżeli Ewa zamieszka u Jużyka, to przez przypadek może spotkać Tomka w sklepie w którym rozpoczął pracę, przy zakupie np.CD by zgrać projekt. Dziękuję i czekammmm....
Lira   |80.52.248.xxx |30.10.2009-11:00:18
Miałam troszkę dużo pracy ostatnio. I szczerze mówiąc nie wyrabiałam się. Postaram sie częściej... Sama jestem ciekawa jak to się skończy :))))
Dziękuję za sugestię Torin i pozdrawiam:)
kris729   |83.4.202.xxx |08.11.2009-08:26:04
Lira, prosze o kontakt, pozdrawiam.
Lira  - Kris:)   |08.11.2009-08:57:32
avatar Chętnie, ale nie podałeś adresu. Napisz Adres znajdziesz na profilu LP, Ewentualnie GG na stronie www.rzeczpospolita-babska.com.pl
Pozdrawiam:)
Anonimowy  - Oto właśnie się zaczęła poważna powieść   |77.254.56.xxx |14.11.2009-19:46:06
Będę tu od czasu do czasu zaglądał, aby poznać dalsze losy bohaterów. Pozdrawiam
Lira   |16.11.2009-11:56:40
avatar Zapraszam. I cały czas mam nadzieję , że nie zabraknie mi konceptu :)
Pozdrawiam:)))
Torin   |78.8.254.xxx |16.11.2009-07:32:51
Tyle informacji o 'bohaterach' w jednym odcinku. Aż człowieka skręca, co dalej. Czekam... i pozdrawiam.
Lira   |16.11.2009-11:55:36
avatar Pisze się... powoli i mozolnie, ale się pisze ;))) Pozdrawiam:)
crazyzuza  - teraz to dopiero będzie   |20.11.2009-17:20:18
:)
Liczę na szybki ciąg dalszy.
Ciekawi mnie tez kolejne spotkanie tytułowej pary oraz rozwój wydarzeń
Pozdrawiam i czekam na więcej
Anonimowy  - :)   |83.3.73.xxx |24.11.2009-09:13:05
Tekst z płaczem naprawdę zabawny, a całość świetnie się czyta. Gratuluję
Lira   |25.11.2009-08:37:19
avatar Dziękuję.:) Historia "z płaczem" zdarzyła się naprawdę. Tyle, że w nieco innych okolicznościach:)
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

!joomlacomment 4.0 Copyright (C) 2009 Compojoom.com . All rights reserved."