Przegląd tekstów
Zdjęcie bukietu Biała Perła
Biała Perła
129.01 PLN
Menu Autora
Logowanie

Statystyka
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj291
mod_vvisit_counterWczoraj1648
mod_vvisit_counterTen tydzień5890
mod_vvisit_counterTydzień temu15626
mod_vvisit_counterten miesiąc18115
mod_vvisit_counterpop. miesiąc114334
mod_vvisit_counterWszystkich1316327

Dziś: 09 Wrz 2010 05:45
w czytelni :

Teraz czytanych artykułów: 49

Wyszukaj w sieci

PostHeaderIcon Zimowa, samotna wyprawa 8 latka

Epika - Niesamowite Historie

Zimowa, samotna wyprawa 8 latka

Historia pewnej około 300 kilometrowej wyprawy autobusowej, ośmioletniego chłopca, opowiedziana po 32 latach, przez dorosłego już  Piotra i jego mamę. Historia ta głęboko wbiła się w pamięć jej bohaterów,  którzy przyznają, że do dziś wspomnieniom tamtych wydarzeń towarzyszą silne emocje. Cieszą się, że wszystko dobrze się skończyło.

Zimowa, samotna wyprawa 8 latka

 

Niedziela, styczeń 1977 roku - 32 lata temu.


Opowiada Piotr:

Było to stosunkowo dawno temu, dla mnie bardzo dawno, maiłem wówczas 8 ½ roku. Byłem malcem, ciekawym wszystkiego, uważałem, że cały świat stoi przede mną otworem. Chyba już były ferie zimowe, byłem uczniem 2 klasy podstawowej. Czasem zimą w TV oglądałem skoki narciarskie, (Fortuna, Bobak, Pawlusiak, Gąsienica-Daniel i Piotr Fijas, Adama Małysz miał się urodzić dopiero w grudniu tego roku).Mieszkaliśmy miedzy Śląskiem a Małopolską - nazwa miejscowości niech pozostanie dla większości tajemnicą. Chciałem pojechać do Zakopanego i wspominałem o tym w domu już od kilku dni. Jednym z powodów wybrania jako cel Zakopanego, była chęć zobaczenia skoczni narciarskiej, byłem też bardzo ciekawy samego Zakopanego. Wyjazd zaplanowałem na niedzielę. Już wcześnie wypytałem o rozkład jazdy i wiedziałem, że odjazd autobusu jest o godzinie 7 z samego rana, z pobliskiego miasteczka. Wstałem naprawdę wczesnym rankiem. Mama spała bardzo głębokim snem, jednak ja potrzebowałem kilka złotych, (aby kupić sobie jakąś pamiątkę w Zakopanym), a poza tym pieniądz zawsze się może przydać. Mama zaspana, powiedziała, że nigdzie nie pojedziemy, bo po południu idzie do pracy, nalegałem by dała mi obiecane pieniądze, wiec pozwoliła mi wziąć 50 zł z kieszeni munduru (w 1976r banknot 50 zł miał chyba podobną wartość jak dzisiejsze 50 zł). Specjalnie wspomniałem o mundurze, ponieważ tej informacji nie da się ukryć, dla spójności i zrozumienia całej historii. Mama pracowała w PKS jako konduktor, sprzedawała i kasowała bilety. Czasem po cichu, zabierała mnie w trasę, gdy nie było mnie z kim zostawić lub gdy bardzo nalegałem, a był akurat wolny dzień od szkoły i mama jechała w dłuższą trasę.

 

Opowiada mama Piotra - Helena:

Byłam wówczas jeszcze bardzo młoda, Piotr, starszy syn, był bardzo rezolutnym chłopcem, a ja w sumie cieszyłam się z tego, bo uważałam, że taki zawsze sobie i innym w życiu poradzi. Tamtej zimy marudził mi, że chce pojechać do Zakopanego, wymógł na mnie wypisanie biletów, nie doszło jednak do ustalenia daty wyjazdu. Zbywałam go, nie chciało mi się specjalnie jechać do Zakopanego. Miałam dosyć codziennych tułaczek w autobusach, pracując jako konduktorka. Piotr coraz częściej wspominał o wyjeździe, ale nie traktowałam tego poważnie. Uwierzcie mi, byłam bardzo zmęczona, wróciłam późno z trasy poprzedniego dnia.... Tej niedzieli też szłam do pracy, popołudniu miałam jechać w trasę. Nie mogłam z nim pojechać do Zakopanego W zasadzie nie pamiętałam też, abym pozwoliła mu pojechać samotnie tak daleko. Piotr zawsze miał wybujałą wyobraźnię i uważałam, że to tylko taka fantazja.



Piotr :

W tamtych czasach, pracownicy PKS oraz członkowie ich rodzin, cieszyli się pewnymi przywilejami, jeżeli chodzi o koszty przejazdu autobusami. Tak wiec zaopatrzony w wypisany miesiąc wcześniej, imienny bezpłatny bilet, wyszedłem z domu wczesnym rankiem. Do miasta skąd ruszał autobus do Zakopanego, zdążyłem w samą porę. Wsiadłem do autobusu razem z innymi pasażerami nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Do Zakopanego było około 130 km, jakieś 3 godzin podróży. KURS POŚPIESZNY. Dla ośmiolatka było to dosyć daleko, warto pamiętać też, że była zima. W autobusie usiadłem na ostatniej kanapie na samym jej środku. Było sporo ludzi. Po jakichś 50 kilometrach ludzie już ze sobą rozmawiali, wyciągali kanapki, ktoś poczęstował mnie soczystą pomarańczą, byłem bardzo wdzięczny za ten gest, bo pachniała mi ta pomarańcza niesamowicie, (pomarańcze były wówczas dla mnie rarytasem). Autobus jechał przez Wadowice, Suchą Beskidzką, Maków Podhalański, Nowy Targ, Właśnie gdzieś przed Nowym Targiem, ktoś z pasażerów zainteresował się i zapytał mnie, „-Gdzie siedzą moi rodzice?".- Odpowiedziałem, że jadę sam. Na sąsiednich miejscach zawrzało. Najpierw sądzono, że sobie żartuje. W Nowym Targu wysiadali pasażerowie siedzący najbliżej mnie i zgłosili kierowcy „ młodego pasażera" bez opieki. W Nowym Targu sporo ludzi wysiadło i w autobusie zrobiło się miejsce. Zauważyłem, że kierowca często spogląda w lusterko w moim kierunku. Kiedy dojechaliśmy do ostatniego przystanku, kierowca mnie zatrzymał, sprawdził bilet, wypytał czy dane na bilecie zgadzają się z tym co mówiłem. Powiedział, że już wcześniej wydałem mu się znajomy, znał doskonale moją mamę. Miał ochotę nakazać mi, bym nie opuszczał autobusu. Nie dawałem jednak za wygraną, tłumaczyłem, że mama o wszystkim wie, dała mi nawet pieniądze bym mógł sobie coś kupić, i nie chcę teraz siedzieć i czekać 2 godziny w autobusie, aż autobus ruszy w powrotną trasę. Kierowca wypuścił mnie, ale najpierw dwukrotnie zapytał czy pamiętam, o której autobus odjeżdża w drogę powrotną. Pamiętałem o 12:30. Gdy tylko wyszedłem autobusu, zrobiłem rundkę po dworcu,. Poszedłem do kiosku, gdzie wpadł mi w oczy kompas na rękę (kolorowy - zabawkowy), oczywiście kupiłem go sobie. Po kolejnych kilku minutach, postanowiłem zrealizować swój plan do końca i zacząłem wypytywać ludzi na dworcu, gdzie jest skocznia narciarska, abym mógł ją obejrzeć. Ktoś mi wskazał autobus, z ostatniego przystanku tego autobusu miało być niedaleko do skoczni. Mam prawie 2 godziny - jadę. (Dziś wiem, że albo ktoś wprowadził mnie nieświadomie w błąd, albo ja coś źle zrozumiałem z tym autobusem). Autobus jechał bardzo długo, przejechał przez Nowy Targ i jeszcze z Nowego Targu jechaliśmy na miejsce kilkanaście minut. Myślałem, ze to będzie blisko. Pomyślałem, że w sumie, nie muszę wracać do Zakopanego, mogę do „swego" autobusu wsiąść w Nowym Targu zamiast w Zakopanem, najwyżej kierowca, znajomy mamy się trochę zdziwi. Dziś nie wiem, co to była za miejscowość. Wszyscy wysiedli z autobusu, większość nartami i ruszyła szeroką śnieżna drogą,. Spojrzałem na tablicę z rozkładem jazdy i ruszyłem w tym samym kierunku, co wszyscy. Szedłem tak ze 20 - 25 minut, ale skoczni wciąż nie widziałem. Dziś nawet nie wiem czy tam w ogóle była skocznia, może ktoś mnie nie zrozumiał i niechcący wprowadził mnie w błąd. W każdym razie zacząłem się niepokoić, że nie zdążę na autobus powrotny do Nowego Targu i zacząłem wracać w kierunku przystanku. Dziś już nie pamiętam, dlaczego tak się stało, ale nie zdążyłem na swój autobus. Gdy dojechaliśmy do Nowego Targu, w informacji powiedziano mi, że autobus już odjechał. Nie macie pojęcia jak się wtedy poczułem, byłem naprawdę wystraszony. - „Co teraz? Jak ja wrócę do domu?" - Chwile później usłyszałem z megafonu zapowiedz autobusu do Krakowa przez Myślenice...

Po chwili byłem już w tym autobusie. Zawsze to bliżej domu, pomyślałem, jakiś to będzie, próbowałem się pocieszać.
Kiedy autobus dojechał do Myślenic, kierowca zapowiedział przerwę 10 minut na papierosa. Przez Myślenice czasem jeździłem z mamą, autobusem do Rabki. Pomyślałem, że wyskoczę i zobaczę na rozkładzie jazdy, czy autobus z Rabki też mi już uciekł, bo gdyby nie, to poczekam w Myślenicach, aż ten autobus będzie wracał już z Rabki. Wybiegłem z autobusu, patrzę a na stanowisku stoi ten właśnie autobus, z tabliczką RABKA. Postanowiłem spróbować wsiąść i pojechać najpierw do Rabki a potem wrócić nim do domu. Autobus był już przepełniony, a przy autobusie stało naprawdę bardzo dużo ludzi, lecz już nikogo nie wpuszczano, w zasadzie nie miałem szans na to by się do niego dostać. I wtedy zobaczyłem, że w drzwiach starego Jelcza, w służbowym mundurze stoi
moja kochana Mama. Nie macie pojęcia jak się ucieszyłem gdy ją wtedy zobaczyłem.

- Mamo, weź mnie, ja chcę wsiąść.- zawołałem do mamy.
-
Piotrek? Co ty tu robisz!!!??? Skąd się tu wziąłeś?? - Proszę przepuścić tą panią z dzieckiem i tego małego chłopca. Przepraszam, ale więcej osób wziąć nie możemy.

Gdy zamknęły się drzwi i mama już sprzedała pasażerom, którzy wsiedli w Myślenicach bilety, przyszła do mnie bardzo zdenerwowana,

-Co ty tu robisz???

-Mamo, przecież od tygodnia ci mówiłem ze jadę do Zakopanego, więc dlaczego się złościsz na mnie?- Nie mogłem zrozumieć, dlaczego mama się tak denerwuje, skoro już wszystko jest dobrze, dlaczego nie cieszy się tak jak ja, że już mogę spokojnie jechać i nie martwić się o to jak wrócić do domu. Byłem już bezpieczny


Helena:

Gdy rano wstałam , przypomniało mi się niejasno, że wyraziłam zgodę na samodzielny wyjazd syna do Zakopanego. Denerwowałam się . Co ja zrobiłam najlepszego? Mimo że Piotr był bardzo zaradny martwiłam się. To była niedziela. Zima, ferie, bardzo duży ruch, mieliśmy komplet na całej trasie. Pasażerów było bardzo dużo i wszyscy chcieli jechać a to było niemożliwe. Ciągle myślałam o Piotrze.

Gdy minęliśmy Rudnik, pomyślałam, że Piotr powinien już być w domu i próbowałam się uspokoić. W Myślenicach dobraliśmy do autobusu tylko tyle osób ile wysiadło i już zamykałam drzwi, gdy usłyszałam znajomy głos w tłumie. Byłam zszokowana. -Skąd on się tu wziął? Jak to możliwe? Poprosiłam, aby wsiadła jeszcze jedna kobieta z dzieckiem i wpuściłam też Piotra. Wysłałam go na moje służbowe siedzenie przy kierowcy z przodu - obok silnika. Gdy wsiadający kupili już bilety poszłam nagadać Piotrowi. Byłam zła i dyskretnie chciałam się z nim rozmówić, nie miałam pojęcia jak się tu znalazł, rozbrajała mnie jego postawa niewiniątka. Mimo wszystko się ucieszyłam, już nie musiałam się zastanawiać, co się z nim dzieje, czy jest już w domu, czy nic mu się nie stało. Mogłam dalej pracować. Pamiętam jak szofer ( tak mówiliśmy na kierowców) zapytał Piotra - co by zrobił gdyby nie zdążył na nasz autobus? Piotr powiedział- Pojechałbym do Krakowa, a z Krakowa do domu. Po kilku minutach Piotr zasnął zmęczony. Wtedy tego nie rozumiałam, Piotr ostatnie godziny był w wielkim stresie, czy sobie poradzi z zaistniałą sytuacją, dopiero teraz mógł odetchnąć, za to ja właśnie zaczęłam wszystko przeżywać, dopiero teraz zaczęłam uświadamiać sobie, co zrobiłam. Ale dopiero z czasem wszystko do mnie dotarło...
Jak można było się na to zgodzić? Rodzice muszą być bardziej ostrożni w rozmowie z dziećmi! Przecież mogło mu się coś stać! Uwierzcie mi, wiele się wówczas nauczyłam. Później, gdy urodziły się kolejne dzieci, zrobiłam się przewrażliwiona mamą. Tamto wydarzenie odbiło się też echem w pracy, gdy wróciliśmy z trasy. Na dworcu czekał na mnie szofer, który robił trasę do Zakopanego. Nie mógł dłużej czekać w Zakopanym i tak wyjechał z kwadransowym spóźnieniem z Zakopanego. Był strasznie zły na siebie ze wypuścił Piotra z Autobusu, był przejęty, że zgubił mojego syna.

Później w firmie przez wiele lat opowiadano sobie, jak to 8-letni syn Heleny, podróżował sam PKS-mi. Minęły 32 lata, ale pewnie i dziś niejeden jeszcze o tym pamięta.

Kochane dzieci i rodzice nie powtarzajcie naszych błędów. Przyznam, że to było bardzo nieodpowiedzialne. Do dziś mi wstyd. Kiedy syn napisał do mnie, by opublikować tą historię w serwisie Lubiepisac.pl (NiesamowiteHistorie.pl) i przysłał mi swój tekst do przeczytania, to już na samo wspomnienie tamtego zdarzenia spaliłam się ze wstydu. NIE!!! Potem chciałam go namówić, żeby zmienił trochę okoliczności, bo mi głupio, że do tego doszło, a każdy znajomy od razu będzie wiedział, że to ja, chciałam, by nie podawał tylu szczegółów. Ale po przemyśleniu zgodziłam się ukryć tylko nasze imiona. Cała reszta to relacja z wydarzenia.

Niech ta historia będzie przestrogą dla rodziców rezolutnych dzieci.


Piotr:

Myślę, że nie byłem nieposłusznym dzieckiem, tak mi się zdaje, ale trzeba przyznać, że miałem aż nazbyt dużo odwagi, do przesady ufałem ludziom.
Być może kiedyś jeszcze coś wam opowiem, - zobaczę jak to przyjmiecie.
Nic w tej Historii nie ubarwiałem, raczej ją skracałem i spłycałem. Są ludzie, którzy mogli by to potwierdzić. Dziś jestem spokojnym człowiekiem, przewrażliwionym ojcem, bo wiem, jakie numery potrafią zrobić dzieci. Czasem przed nimi wiem, co chciałyby spsocić. Moi starsi synowie, są prawie dorośli i nie miałem z nimi takich problemów, mają inny temperament, kiedy tylko próbowali przekroczyć granicę ja już to widziałem i stopowałem. Ale powiem wam, że mój najmłodszy synek jest taki sam jak ja. Wszędzie pójdzie, wszystko zrobi, nikogo się nie krępuje, nikt go nie peszy, do przesady ufa innym, kto wie, jakie przygody mnie z nim czekają


Jeżeli ktoś z czytających, rozpozna bohaterów tego wydarzenia, bardzo proszę o zachowanie dla siebie naszych danych personalnych. Nie podałem miejscowości i prawdziwych imion, dla zachowania prywatności.  


( 4 Oceny )
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
wiara  - Gratuluję wspomnień oraz zdolności pisar   |24.01.2009-14:32:31
Wspaniałe wspomnienie, pięknie opisane, gratuluję! Czytając je, przyszła mi do głowy taka myśl, że nasze dzieci, pomimo wszystko, w tamtych latach mogły się czuć o wiele bezpieczniej, niż w obecnych czasach. Pozdrawiam cieplutko oraz łączę pozdrowienia dla Szanownej Pańskiej Matki! Gratuluję Jej też mądrego, rezolutnego Syna!
Retrospekcja  - Dziękuję   |27.01.2009-06:01:25
Bardzo dziękuję za ciepłe słowa :) Spodziewałam się raczej tego że czytający nie zostawią suchej nitki na mnie.Pozdrawiam "Helena"
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
 
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

!joomlacomment 4.0 Copyright (C) 2009 Compojoom.com . All rights reserved."

 
o autorze